Powoli mam już wszystkiego dosyć.
Słonce łzy wylewane co noc w poduszkę.
Odwieczna walka z samą sobą i ze swoimi największymi słabościami.
Przytłaczający strach przed wyjściem do innych ludzi i niewidzialne ostrze w gardle, które boli przy każdym oddechu.
Nie mam już siły by wstać rano. Największą ulgę przynosi mi upragniony sen.
Zamykam w sobie uczucia, ale ona zamiast znikać- przeradzają się w jeszcze większy ból.
Nikt o tym nie wie...
W dzień jestem wesołą, pogodną dziewczyną, która cieszy się z byle głupoty.
A nocą?
Nocą umieram z bólu psychicznego, który nie pozwala mi spokojnie zasnąć.
Chciałabym mieć w końcu chociaż jeden dzień spokoju.
Jeden dzień pełen prawdziwego uśmiechu i szczęścia.
Nie radzę sobie już nawet z obowiązkami.
Próbuje mieć najlepsze oceny, żeby rodzice byli ze mnie dumni.
Staram się im pomóc we wszystkim, chociaż tak często brakuje mi sił.
Często powstrzymuje łzy, żeby nikt nie widział, jak słaba jestem.
Nie jestem dobrą córką.
Nie jestem dobrą przyjaciółką.
Nie umiem dać dobrej rady.
Często znikam bez słowa, bo nie daje rady już sama ze sobą.
Chciałabym, żeby chociaż raz ktoś był ze mnie dumny.
Żeby łzy wreszcie nie kreśliły dróg na moich policzkach.
Żeby w końcu żyletki nie kusiły swoim ostrzem.
Chciałabym jeden dzień bez myślenia o problemach i trudnościach.
Jeden dzień, w którym cieszyłabym się z tego, że żyje.
Dzień, w którym mogłabym być sobą.
Chociaż jeden, normalny dzień....