19 czerwca 2026

Artystyczny list do przyjaciółki

 Kochana przyjaciółko!

Nie wiem, czy kiedykolwiek przeczytasz ten list. W sumie nawet nie wiem czy kiedykolwiek byś chciała znać jego treść. Ale wiedz, że jest we mnie tyle niewypowiedzianych słów, że nie mam już siły dusić tego wszystkiego w sobie. I postanowiłam przelać to na papier. 

Wiedz, że byłaś częścią mojego życia przez tak bardzo długi czas, że trudno mi sobie przypomnieć czas, gdy Ciebie nie było. Już w zasadzie nie pamiętam siebie bez Ciebie. Byłaś przez ponad połowę mojego życia obok. Byłaś w dobrych chwilach ale również w tych złych. Byłaś w mojej codzienności, która była trudna ale dzięki Tobie było trochę łatwiej przez to przechodzić. I nigdy nie przypuszczałabym, że nadejdzie dzień, w którym Ciebie zabraknie w moim życiu. I to tak nagle i tak całkowicie bez słowa. 

Nie boli mnie najbardziej samo odejście Ciebie. Wiem, że ludzie się zmieniają, obierają inny kierunek drogi niż wcześniej. Czasem przez to kończą długoletnie relacje. Ale mnie najbardziej boli ta cisza. Boli mnie to, że nie było żadnej rozmowy, słowa wyjaśnienia, kłótni, cokolwiek. Nie było żadnego, nawet krótkiego pożegnania. Nie było żadnych słów, które by mi wyjaśniły dlaczego podjęłaś taką decyzję. 

Zostałam całkiem sama z milionem pytań, ale na żadne z nich po dzień dzisiejszy nie znam odpowiedzi. 

Cały czas się zastanawiam, czy ja coś zrobiłam aż tak źle. Ciągle wracam do naszych rozmów, wspólnych wspomnień, różnych sytuacji. Analizuje każde wypowiedziane przeze mnie słowa. Każdy wykonany przeze mnie gest. Szukam ciągle momentu, w którym mogłabym aż tak cię zranić, zawieść. Sprawić, że w jednej chwili przestałaś chcieć mnie w swoim życiu. Po dzień dzisiejszy nie wiem, czy był taki moment. 

Wiem tylko jedno- naszej przyjaźni oddałam naprawdę ogromną część siebie. Część swojego serca. 

Oddawałam Ci swój cenny czas. Swoją uwagę, gdy tego potrzebowałaś. Swoją całą troskę i przede wszystkim serce. Byłam wtedy, gdy mnie potrzebowałaś obok. Cieszyłam się ze wszystkich Twoich sukcesów, często pewnie bardziej niż Ty sama. Martwiłam się, gdy miałaś jakiekolwiek problemy i zawsze starałam się wesprzeć Cię najmocniej, jak umiałam. Nigdy nie odczuwałam tego jako obowiązek. Robiłam to wszystko, bo byłaś dla mnie kimś naprawdę aż tak ważnym. 

Dlatego dzisiaj tak trudno jest mi pogodzić się z tym, że mogłaś wyjść z mojego życia bez żadnego słowa. Jakby te wszystkie wspólne lata nagle nic nie znaczyły. 

Mimo wszystko nie byłam ani przez chwilę zła. Chociaż był czas, gdy chciałam być. Chciałam zamienić swój smutek w gniew, żeby było łatwiej. Ale nie umiałam. Bo mimo wszystko mi jest po prostu przykro. 

Jest mi przykro, że straciłam osobę, której aż tak ufałam. Przykro, że wszystkie wspomnienia, które kiedyś wywoływały uśmiech na mojej twarzy, dzisiaj wywołują łzy i zranienie. Przykro, że nie miałam nawet szansy by zrozumieć, dlaczego tak się zachowałaś. 

Są dni, gdy nadal za Tobą bardzo tęsknie. Tak zwyczajnie po prostu tęsknie. Ciągłe łapie się na tym, że chce napisać do Ciebie wiadomość. Powiedzieć Ci coś śmiesznego, co widziałam lub co się wydarzyło. Podzielić się z tobą czymś dla mnie ważnym. Czy po prostu zwyczajnie zapytać, jak się czujesz. Ale potem sobie przypominam, że już nie mam do kogo napisać. 

I to trochę dziwne uczucie...Opłakiwać kogoś, kto nadal żyje, ale nie chce być już częścią Twojego świata. 

Mimo wszystko, ja nie żałuję, że byłaś w moim życiu obecna. Nie żałuję tylu wspólnych lat, długich rozmów, śmiechu. Nie żałuje po prostu chwil, które razem przeżyłyśmy, bo były prawdziwe. Przynajmniej dla mnie. 

Prawdopodobnie nigdy nie dowiem się dlaczego postanowiłaś odejść. Pewnie nigdy nie dostanę odpowiedzi na żadne z pytań, które w sobie noszę. Ale wiedz, że Twoje odejście zostawiło we mnie ogromną pustkę, które nie sposób opisać słowami. Pustkę, której nikt nie umie wypełnić tak, jakbym chciała. 

I wiedz jeszcze jedno.

Mimo bólu, który mi zadałaś swoją decyzją, ja nadal życzę Ci po prostu dobrze. Mam ogromną nadzieję, że teraz jesteś szczęśliwa. Mam nadzieję, że znalazłaś spokój, którego szukałaś. Mam nadzieję, że masz wokoło ludzi, którzy traktują Cię z życzliwością, szczerością, miłością. 

Ja po prostu będę próbowała nauczyć się żyć bez Ciebie. Będę próbowała uczyć się żyć z myślą, że nie każda historia kończy się tak, jak przewidujemy. Nie każda przyjaźń trwa wiecznie, chociaż na taką wyglądała. 

Nie wiem czy jeszcze kiedyś się spotkamy. Czy jeszcze kiedyś porozmawiamy chociaż przez minutę. Ale wiem, że zawsze będę Cię pamiętać, jako swoją najlepszą przyjaciółkę. 

I po prostu chyba za tym tęsknie. 

Żegnaj, być może już na zawsze. 

Twoja J. 


17 czerwca 2026

Artystyczny list do przyjaciela

 Najdroższy przyjacielu!

Od kilku miesięcy noszę w sobie ogromną ciszę, które już po prostu nie umiem nazwać. Ona jest jak mgła, która rozciąga się nad jeziorem o świcie. Jest niby niegroźna, nie przychodzi gwałtownie ale jednak jest nieustępliwa. Przysłania niewinnie brzegi, zacierając jednocześnie pobliskie ścieżki. Sprawia, że czasami dobrze znane nam miejsca, stają się jak zupełnie obce. I czasem już mam wrażenie, że zamieszkała ona we mnie już na stale. A każde słowo, które wypowiadam musi się przez nią przedrzeć, jak światło przez czarne chmury. 

Piszę ten list nie dlatego, że oczekują od Ciebie odpowiedzi. Piszę ponieważ czasami są myśli, które więdną jak kwiaty, gdy zostają niewypowiedziane. Są one wtedy jak liście włożone między kartki książki- powoli tracą kolor, są kruche i stają się tylko wspomnieniem po czymś, co było kiedyś żywe. 

Wiesz? Ostatnio coraz więcej myślę nad czasem. 

Ale nie nad godzinami, które są odmierzane przez zegarki. Nie nad datami, które codziennie zmienia się w kalendarzu. Myślę o tym czasie, który płynie gdzieś wewnątrz. O takiej jakby niewidzialnej rzece, która zabiera po cichu ludzi, miejsca i najlepsze wspomnienia, niezależnie od tego, jak bardzo chcemy z niej wyjść. 

Pamiętasz nasze wszystkie rozmowy? 

Siedzieliśmy wtedy do naprawdę późnej nocy i rozmawialiśmy o rzeczach, które dla nas były najważniejsze na świecie. Mówiliśmy godzinami o przeszłości. Ale również rozmawialiśmy o przyszłości, tak jakby była planem na wspólną wycieczkę do innego kraju. Każda droga była dla nas wtedy otwarta. Każdy horyzont wydawał się nam bliski i niezwykły.

Ale dzisiaj mam poczucie, że przyszłość to nie jest miejsce, to proces utraty. 

Z roku na rok zostawiam za tyłu kolejną wersją samej siebie. Zostawiłam dziewczynę, którą byłam. Marzenia, które kiedyś były dla mnie niczym najcenniejsze skarby. Twarze osób, które kiedyś były bliskie a dzisiaj są jak obce. Domy, w którym drzwi już dawno stały się dla mnie zamknięte. To wszystko oddala się ode mnie powoli, niby niezauważalnie ale z dnia na dzień uświadamiam sobie, że bardziej żyję wśród wspomnień niż pośród rzeczywistości. 

Może dlatego tak pokochałam wieczory. 

Zmierzch przypomina to, jak się naprawdę czuje. Nic nie jest jeszcze jasne, ale też nic jeszcze nie pogrążyło się w zupełnej ciemności. To taka krótka chwila zawieszenia. Moment, gdy dzień nadal nie chce odejść a noc wciąż boi się przyjść. 

Czasem spaceruję wtedy bez większego celu. 

Patrzę na okna, w których świeci się światło. Widzę oczami wyobraźni ludzi, którzy siedzą wspólnie przy stole, piją herbatę i rozmawiają o tym, jak im minął dzień. Zastanawiam się wtedy, czy oni także mają w sobie miejsca, które są jak puste przestrzenie. Czy też czasami budzą się z poczuciem zagubienia, utraty czegoś ważnego. 

Samotność to takie dziwne stworzenie. 

Dużo osób myśli, że polega ona na tym, że brakuje innych osób. Ale ja wiem, że można czuć się samotnym wśród tłumu ludzi. Można siedzieć przy stole pełnym przyjaciół i bliskich osób, ale jednocześnie czuć się oddzielonym, jak za jakąś szybą. 

I wtedy najgorsza nie jest cisza wokoło człowieka. Najgorsza jest ta wewnątrz. 

Ta, która zjawia się, gdy nie da się już opisać nawet własnych myśli. 

Długi czasu szukałam sensu w naprawdę wielkich rzeczach. W swoich sukcesach. W swoich osiągnieciach. W marzeniach, które miały nakreślić moją dalszą drogę. 

Ale życie nauczyło mnie, że sens nie jest w wielkich rzeczach. Jest w szczegółach. 

W tym, jak ziemia pachnie po ulewnym deszczu. W kubku gorącej kawy, którą się trzyma zmarzniętymi dłońmi. W głosie ukochanej osoby, którą się słyszy po długiej rozłące. W ulubionej książce, która została znaleziona gdzieś przypadkiem. W promieniach słońca, które wpadają przez okno. 

Szkoda tylko, że widzimy te rzeczy dopiero wtedy, gdy tracimy wiarę we wszystko. 

Są noce, gdy leżę na łóżku i patrząc w sufit próbuje znaleźć wytłumaczenie, dlaczego żyjemy. Ale nadal nie znalazłam odpowiedzi. I być może nikt nie znalazł na to dobrej odpowiedzi. 

Może cały sens istnienia nie jest czymś, co odkrywa się raz i trwa w nas wiecznie. Może codziennie trzeba go szukać i tworzyć od nowa. To trochę tak, jak ogrodnik, który codziennie pielęgnuje swoje rośliny, mając świadomość, że przyjdzie jesień i je zabierze. 

I zaczynam sądzić, że życie człowieka jest właśnie, jak taki ogród. Nie zostawiamy po sobie wielkich pomników. Ale za to zostawiamy po sobie ślady troski i uczuć. 

Zostawiamy kilka dobrych słów. Kilka godzin obecności. Gest, o których pamiętają tylko inni. 

I nadal mnie dziwi, jak łatwo czasami zmienić czyjś dzień. 

Wystarczy uśmiech. Rozmowa. Czasami zwykły list.

A jednak mimo wszystko my te rzeczy często trzymamy zbyt głęboko w sobie, traktując je jak cenne diamenty. 

I chyba właśnie tego żałuje najmocniej w życiu. Nie swoich błędów. Nie bolesnych porażek. Tylko wtedy, gdy miałam chwilę by powiedzieć komuś, że jest dla mnie ważny, ale wolałam wtedy milczeć. 

Żałuje, że większość swoich dni spędziłam w niepotrzebnym pośpiechu. 

Żałuje nieobejrzanych zachodów słońca, gdy byłam zbyt zajęta planowaniem odległej przyszłości. 

Przez to przyszłość okazała się zbyt krótka. 

Ale nie martw się o mnie jakoś mocno. Ten list to nie pożegnanie, to nie skarga. To chyba po prostu próba uwiecznienia mojej drogi. Próba pokazania przez co przechodziłam. 

Bo mimo wszystkiego w moim życiu, nadal nie utraciłam zachwytu jaki miałam wcześniej. 

Nadal umiem zatrzymać się w miejscu, by zobaczyć jak wiatr porusza liśćmi drzew. Nadal lubię słuchać padającego deszczu, który nieśmiało uderza o parapet. Nadal potrafi wzruszyć mnie moja ulubiona muzyka. I wciąć wierzę w to, że między ludźmi są niewidzialne nitki, które łącza nas nawet gdy sądzimy, że jesteśmy sami na tym świecie. 

A może to jest właśnie odpowiedź, której ciągle szukam? 

Nie sens życia. Nie cel. Nie jakieś wielkie odkrycie. Po prostu obecność. 

Świadomość, że mieliśmy zaszczyt by przez krótką chwilę istnieć obok siebie, pomimo że świat jest ogromny i tajemniczy. 

I jeżeli kiedykolwiek poczujesz się zagubiony, spójrz w niebo. Nie dlatego, że znajdziesz tam magiczne rozwiązanie. Ale dlatego, że znajdziesz tam mnie, ukrytą gdzieś pośród gwiazd. 

Twoja przyjaciółka. 


13 czerwca 2026

Artystyczny list do rodziców

 Kochani Rodzice! 

Długo się zbierałam by napisać do was ten list. Są pewne rzeczy, które trudno mi powiedzieć na głos a są to rzeczy naprawdę ważne. Chciałabym przede wszystkim przeprosić was za wszystkie sytuacji, w których mogliście poczuć, że się coraz bardziej oddalam. Chciałabym przeprosić was za to, że nie umiem okazać wam uczuć w taki sposób, w jaki byście chcieli. Ale po prostu nie umiem...

Przede wszystkim chcę żebyście mieli świadomość, że brak normalnych rozmów, ciepłych słów w waszą stronę czy brak okazywania emocji z mojej strony, nie oznacza tego, że mi na was w żaden sposób nie zależy. Wręcz przeciwnie. Nawet nie wiecie, jak bardzo często chciałabym z Wami normalnie porozmawiać. Przyznać się, co dokładnie czuje. Podzielić się moimi myślami, nawet tymi najgorszymi. Przytulić was bez żadnego oporu czy po prostu spędzić z wami normalnie czas. Jest tylko jeden problem. Nie umiem tego zrobić tak łatwo, jakbym chciała. 

Często nie umiem zacząć rozmowy pierwsza. Często nie umiem też w żadnej rozmowie uczestniczyć. Boje się, że nie będę potrafiła dobrać odpowiednich słów albo, że powiem coś, co zostanie niezrozumiane. Przez to wszystko zamiast rozmawiać o swoich uczuciach, zamykam je coraz bardziej w sobie. I to nie dlatego, że nie chcę byście o tym wiedzieli, ale dlatego, że po prostu nie umiem tego okazać. A chciałabym być blisko was. 

Przepraszam jeżeli przez moje zachowanie, mogliście pomyśleć chociaż przez chwilę, że jesteście dla mnie zupełnie nieważni. Ale wiedźcie, że nigdy tak nie było. Codziennie doceniam to, co dla mnie zrobiliście i nadal robicie. I bardzo mnie boli, że nie umiem pokazać, jak za to jestem wdzięczna. 

Chciałabym też, żebyście wiedzieli, że próbuje się tego wszystkiego nauczyć. Próbuje przejść przez swoje granice. Chciałabym być bardziej otwarta, więcej i częściej z wami rozmawiać. I przede wszystkim chciałabym umieć lepiej okazać wam jakiekolwiek uczucia. Niestety to nie przychodzi mi tak łatwo, jakbym chciała. Ale naprawdę zależy mi na naszej relacji i bardzo chciałabym by moje trudności nie dawały wam poczuć braku miłości, szacunku czy zaufania z mojej strony. 

I naprawdę proszę wam o cierpliwość, troskę i zrozumienie. Mam naprawdę nadzieję, że z czasem łatwiej będzie mi mówić o uczuciach. Że będę umiała zbudować z wami lepszą więź. 

Dziękuje, że mimo wszystko jesteście.

Z miłością i szacunkiem,

Wasze dziecko. 

11 czerwca 2026

O samotności

 Samotność nie przychodzi tylko czarną nocą,

I nie zawsze ma twarz cienia, który stoi w drzwiach. 

Nie zawsze jest pustym domem czy pokojem,

Nie zawsze jest głośniejsza niż tykanie zegara. 


Często przychodzi w środku dnia,

Gdy miasto tętni pełnią życia. 

Gdy ludzie mijają się szybko na chodnikach. 

Są jak krople spływające po szybie, gdy pada- 

Niby blisko ale jednak tak daleko od siebie. 


Samotność siada wtedy obok człowieka po cichu.

Tak cicho, że czasem ciężko to zauważyć. 

Nie zapuka nigdy do drzwi, czekając na ,,proszę". 

Nie zawoła nigdy po imieniu. 

Po prostu przychodzi. 

I odkrywasz ją dopiero wtedy, gdy zapada cisza. 


Samotność pokaże Ci smak niedopitej kawy,

Przypomni Ci wszystkie zapomniane wiadomości.

Pokaże, że Twój telefon kolejny dzień milczy. 

Będzie, jak spojrzenie uciekające w bok,

Bo nie masz odwagi spojrzeć jej w oczy. 


Samotność zna długie, ciemne wieczory. 

Jest przy tobie chociaż za oknem świeci tysiąc gwiazd. 

A każda z gwiazd jest jak historia,

Jak czyjś śmiech, 

Jak czyjaś obecność,

Jak czyjeś życie. 


To wtedy człowiek patrzy w niebo i myśli: 

Ile serc bije tym samym rytmem,

Ile osób patrzy teraz też w gwiazdy,

Ile osób teraz czegoś żałuje. 


Bo samotność nie ma jednego imienia. 


Jest tęsknotą za kimś kto odszedł bez pożegnania. 


Jest pustym miejscem przy stole, którego nikt już nie zajmie. 


Jest ulubionym głosem, którego nigdy nie usłyszysz. 


Jest listem, który nigdy nie wysłany, leży gdzieś pod łóżkiem. 


Ale jest też obok człowieka, który stoi w tłumie. 


Bo można stać pomiędzy tysiącami ludzi, 

Słysząc ich śmiech, rozmowy. 

Słysząc muzykę, szczekanie psa. 

A mimo to czuć się, jak samotna wyspa, gdzieś pośrodku oceanu. 


Można mieć wiele słów do powiedzenia, jednocześnie nie potrafiąc nic mówić. 


Można codziennie mieć bliskich obok, ale ciągle widzieć w ich twarzach obcego. 


Samotność często nie uderza nagle. 

Nie boli, jak nóż wbity z zaskoczenia w serce. 


Czasami jest jak padający śnieg, 

Który delikatnie otula ramiona. 

Rok po roku. 

Aż człowiek zapomina, jak wygląda świat bez niego. 


Czasami jest jak ulubiona, stara melodia, 

Która wraca nagle, niespodziewanie. 

Przypomina ją przypadkowy dźwięk,

Przypadkowy widok mokrej ulicy, którą kiedyś się szło. 


Ale samotność to nie tylko ciemność...


Ona umie też uczyć


Pokaże Ci rzeczy, które ukrywa hałas i chaos. 

Nauczy Cię słuchać własnych myśli. 

Nauczy Cię odróżniać prawdziwe marzenia od zwykłych złudzeń. 

Pokaże Ci prawdę, ukrytą po warstwami rutyny i codzienności. 


Samotność też rodzi pytania. 

Pytania, które człowiek boi się zadać sam sobie. 


Kim jestem? 


Gdzie zmierzam? 


Czego chce od życia?


Czy jest ktoś, komu na mnie zależy? 


I czasem odpowiedzi nie są łatwe. 

Nie przychodzą od razu. 

Ale nakłaniają do myślenia. 


A samotność? 

Samotność jest jak niebo nocą. 


Niby wydaje się czarne i puste. 

Ale im dłużej patrzysz, tym więcej gwiazd widzisz. 


Tak samo jest z człowiekiem. 


Kryje się pod powierzchnią milczenia, 

Ukrywa wspomnienia, uczucia. 

Nie chce pokazać swoich lęków, pragnień. 

A czasami wystarczy tylko głębiej w niego spojrzeć...


Bo  każdy niesie na swoich barkach taki świat. 


Każdy czasami czuje się zagubiony. 


Każdy chociaż raz szukał dłoni, która pomoże mu wstać z kolan. 


Ale może właśnie samotność nie jest tylko końcem. 


Bo przecież nawet najczarniejsza noc, ustępuje miejsca słońcu. 


Nawet po najbardziej milczącym dniu, może przyjść wieczór pełen rozmów. 


Nawet najbardziej samotne serca, potrafią wierzyć w obecność człowieka. 


A wtedy samotność powoli się oddala. 


Nie znika całkowicie, bo zawsze zostawia po sobie ślad. 

Ale staje się coraz lżejsza. 

Zamienia się wtedy w drogę, którą trzeba było iść aby zrozumieć siebie. 


Samotność nie jest pustką. 

Jest nauczycielką. 

Jest nocą poprzedzającą świt. 

Jest zamkniętymi drzwiami, które trzeba otworzyć. 

Jest drogą, którą trzeba znaleźć aby odnaleźć to, co naprawdę bliskie. 


10 czerwca 2026

Artystyczny list

 Drogi przyjacielu, 

Piszę ten list do Ciebie o godzinie, gdy noc jest już za bardzo zmęczona by być nocą, ale świat nadal nie odważył się, by nazwać siebie dniem. Po prostu świat jakby zawisł między oddechami. Pomiędzy jednym uderzeniem serce i drugim. A ja po prostu siedzę przy oknie i patrzę, jak wiatr nieśmiało przesuwa się po pustej ulicy. 

Do końca nie wiem czy ten list jest już pożegnalny, czy może tylko jest to próba wyrzucenia z siebie kilku słów, by nikt o nich nie zapomniał. 

Długi czas próbowałam wierzyć, że człowiek jest sumą swoich własnych wspomnieć. Ale jeżeli jest to prawda, to noszę najwyraźniej w sobie całe miasta, których dawno już nie ma. Ulice z mojego dzieciństwa. Stare ławki, na których siedziałam, rozmawiając godzinami. Wszystkie rozmowy, o których już nikt nie pamięta. Nikt poza mną. To wszystko istnieje już tylko we mnie, niczym stare fotografie w albumie schowanym gdzieś na dnie szuflady. 

Pamiętasz tamten dzień? Powietrze ciągle było ciężkie od kurzu ulicy i nieśmiałego słońca. Wydawało mi się wtedy, że życie być może dla mnie się dopiero zaczyna. Że może trwać do końca. Śmialiśmy się wtedy razem z rzeczy, których dzisiaj nie umiem nawet przywołać do pamięci. Byliśmy w tamtej chwili bogaci w czas, nie mając nic poza nim.

I dzisiaj myślę o tym dosyć często. 

Nie dlatego, że tęsknie za przeszłością. Po prostu tęsknie za człowiekiem, którym wtedy byłam. 

Po prostu czuję, że po drodze gdzieś się zgubiłam. Gdzieś pomiędzy obowiązkami, przykrymi porażkami i dniami, które były tak podobne do siebie, że zlały się w jeden, długi dzień. Budziłam się rano i wykonywałam wszystkie moje obowiązki. Uśmiechałam się, gdy tego oczekiwano. Odpowiadałam ,,jest okej", gdy dostawałam pytanie o samopoczucie. 

Ale z roku na rok coraz bardziej czułam się, jak dom, z którego juz dawno wszyscy się wyprowadzili. 

Dookoła stały solidne ściany ale wewnątrz hulała pustka. 

Nie piszę tego by wywołać współczucie. Nie chce też, abyś szukał przez to winnych osób. Po prostu czasami życie nie rozpada się z jednym, wielkim hukiem. Czasami ono kruszy się po cichu. Dzień po dniu. Aż pewnego dnia człowiek stoi po prostu wśród ruin tego, co do niedawna było jego światem. 

Ale wiesz co boli mnie najbardziej? Że mimo wszystko ja nadal umiem dostrzec piękno. Widzę je wszędzie. 

W świetle latarni, które odbijają się od mokrych ulic. W zapachu świeżego deszczu i burzy. W muzyce, która unosi się dookoła mnie. W przypadkowym uśmiechu od nieznajomej osoby. 

Piękno dla mnie nigdy nie zniknęło. Po prostu ja chyba przestałam do niego należeć. 

Przez te wszystkie lata nauczyłam się, że ludzki los jest naprawdę kruchy. Wystarczy kilka słów, które zostały wypowiedziane zbyt późno lub nie zostały powiedziane w ogóle. Wystarczy kilka drzwi, które zostały zamknięte zbyt wcześniej. Wystarczy jedna, jedyna decyzja, które nie da się już cofnąć. 

Ale mimo tego wszystkiego, ludzie nadal mają siłę by iść na przód. 

Ty również. I mam ogromną nadzieję, że zawsze będziesz miał w sobie siłę by tak było. 

I jeżeli kiedyś będziesz chciał lub musiał mnie wspominać. Nie pamiętaj mnie proszę takiej, jaką teraz jestem. Zapamiętaj mnie jako dziewczynę, której śmiech niósł się echem. Kogoś, kto wierzył, że można naprawić czyjś świat rozmową przy kawie. Kogoś kto codziennie zachwycał się zachodem słońca, jakby widział go po raz pierwszy i ostatni w życiu. 

Bo właśnie tamta osoba była najprawdziwszą wersją mnie. Być może bardziej prawdziwszą niż ta, która pisze ten list. 

Noc powoli zaczyna ustępować świtowi. Za oknem zaczyna przebijać się jasność nieba. Ptaki znowu zaczynają ćwierkać, jak gdyby nigdy nic nie zostało utracone. Czasem podziwiam ich upór. 

Czy to nie dziwne, że każdego dnia świat się dla kogoś kończy a mimo to świat nadal przychodzi punktualnie. Bez zbędnego zastanowienia i słów.   

Może to jest właśnie tajemnica świata? Nie polega ona na wieczności ale na tym aby umieć zaczynać od nowa?

Nie wiem i być może nigdy się już tego nie dowiem. Ale dziękuje Ci za wszystkie chwile, które potrafiły zapalić we mnie nadzieję, że nie jestem sama. 

To jest więcej niż mogę wyrazić słowami. 

Twoja przyjaciółka. 

08 czerwca 2026

Tekst ,,Pustka bez miłości"

 Nie pamiętam już dnia, 

Kiedy ostatni raz ktoś patrzył na mnie z radością. 

Jak na dom, który widzi się po długiej podróży. 


Nie oczekuje wielkiej, filmowej miłości. 

Nie chodzi by gonić ją, jak odjeżdżający autobus. 

Nie chodzi, by szukać jej w deszczu przez całe miasto. 

Chodzi o coś zupełnie innego.

Mniejszego. 

Cichszego. 

O pewność, że ktoś chce bym została chwilę. 


Tyle samotnych lat nauczyło mnie żyć,

Bez dotyku, który raduje serce. 

Bez wiadomości wysłanej z tęsknoty. 

Bez obecności, która nie jest obowiązkiem. 


Ludzie ciągle gadają, 

Że miłość przychodzi sama. 

To tak jakby była pociągiem, który ma wiecznie opóźnienie, 

A jednocześnie ma gwarancję przyjazdu. 

Ale ja stoję na tym peronie już kilka lat,

I coraz częściej myślę, 

Że chyba pomyliłam stacje. 


Bo najgorszy nie jest brak czułości. 

Najgorszy jest brak miejsca, gdzie można odłożyć strach. 

Brak ramion, w które można odłożyć zmęczenie. 


Człowiek bez miłości powoli gaśnie. 

Staje się, jak mieszkanie, w którym nikt nie zapala światła. 

Mieszkanie, w którym wszystko jest na miejscu:

 Kubki, talerze, książki, łóżko. 

Ale wnętrze wyziębia się z każdym rokiem coraz bardziej. 


Codziennie przychodzą wieczory,

Gdy cisza jest ciągle obok mnie. 

Waży więcej niż ciało drugiego człowieka. 

Kładzie się obok w łóżku, oddychając prosto w moje serce. 

Przypomina mi codziennie, że nigdy nie byłam czyimś wyborem. 


Widzę zakochanych ludzi, 

I wyglądają oni, jak obcy kraj. 

Uczą się codziennie siebie nawzajem. 

Trzymają mocno za dłonie, jakby bez tego mogli się rozpaść. 

Dzielą ze sobą najprostsze chwile: 

Zakupy, zmęczenie, leniwe poranki. 

I być może nie zdają sobie sprawy, jaki cud mają obok. 

Jak cudowne jest w życiu mieć kogoś, 

Kto czeka na nas aż wrócimy. 

Kogoś z kim można wypić kawę. 

Kogoś, kto czeka na to by wysłuchać o dniu w pracy. 


A ja? 

Ja nauczyłam się wracać do pustki. 

Do ogromnego spokoju.

Nie czuje już nawet smutku, 

Raczej ciche przyzwyczajenie. 

To tak, jakby marznący człowiek na tyle przyzwyczaił się do zimna, 

Że przestał pytać o ogień do ogrzania. 


Boli jednak to, że nadal w moim sercu jest miłość. 

Niewykorzystana nigdy.

Nazbierana tonami latami. 

Tak, jak pisane wciąż listy ale bez adresata. 


Mam w sobie czułość, troskę,

Ale nie mam komu jej oddać. 

Tyle drobnych gestów: 

Poprawienie kołdry,

Parzenie kawy po ciężkim dniu,

Wysłuchanie o problemach i troskach, 

Zapamiętanie najbardziej błahych rzeczy. 


I powoli przyzwyczajam się do myśli, 

Że może to jest najgorszy wymiar samotności. 

Mieć w sobie ogromny ocean miłości, 

Ale jednocześnie nie znaleźć żadnej osoby, która by chciała go przepłynąć. 


I dalej to wszystko w sobie noszę,

Tylko może trochę ostrożniej. 

Jak płomień, który trzeba skryć przed wiatrem. 

Jak cukierki, które trzeba schować przed dziećmi. 

Jak różę, którą trzeba schować przed śniegiem. 

I już tylko nocami, gdy światła wszędzie gasną.

Nachodzi mnie myśl, że też chciałabym być dla kogoś,

Powodem by wrócić do domu...


07 czerwca 2026

Artystyczny list dla przyjaciela

 Kochany Przyjacielu!

Już od dawna próbuje znaleźć odpowiednie słowa, które wystarczyłyby do opisania, ile dla mnie w życiu znaczysz. Lecz za każdym razem dochodzę do tego samego wniosku- nie istnieją na świecie takie słowa. Bo jak i czym można opisać wdzięczność wobec człowieka, który przywrócił kogoś do życia? 

Był dla mnie długi czas, gdy już nie widziałam dla siebie żadnej przyszłości. Dni szybko mijały jeden za drugim, a ja codziennie coraz bardziej gubiłam się we własnych myślach. Czułam się strasznie zmęczona, samotna i wręcz byłam przekonana, że nic już się w moim życiu nie zmieni. Nosiłam na barkach ciężar, którego nie potrafiłam pokazać nikomu innemu. Uśmiechałam się ciągle, zwłaszcza wtedy, gdy ten uśmiech był pożądany. Mówiłam, że wszystko jest u mnie w porządku, gdy wcale tak nie było. W środku po prostu powoli gasłam. Z dnia na dzień coraz mocniej. 

A wtedy pojawiłeś się Ty. I byłeś jedną z niewielu osób, które widziały, że coś jest nie tak. 

I nie wiem czy kiedykolwiek znajdę sposób by naprawdę ci pokazać, jak wiele dla mnie zrobiłeś. Być może dla Ciebie to nie było coś wielkiego, zwykłe rozmowy. Zwykłe wiadomości. Zwykłe pytania o samopoczucie. Ale dla mnie to nie było coś zwykłego. 

To było dla mnie, jak koło ratunkowe, gdy człowiek tonie. 

Były chwile, gdy czułam, że już nie mam na nic siły. Ale Ty dawałeś mi wtedy powód, by wytrwać jeszcze jeden dzień. Gdy nie widziałam już żadnego światła w ciemnym tunelu, Ty przekonywałeś mnie, że ono nadal jest, mimo że chwilowo go nie widać. Kiedy ja przestawałam całkowicie wierzyć w siebie, Ty dawałeś radę wierzyć za nas oboje. 

Nie było, jak w filmie. Nie uratowałeś mnie jednym, większym gestem. Nie było tej magicznej chwili, która nagle wszystko zmieniła. Po prostu codziennie ratowałeś mnie małymi rzeczami, być może takimi, których już nie pamiętasz. Ratowałeś mnie słowami, które wypowiedziałeś w odpowiednim momencie. Ratowałeś mnie obecnością, bo bardzo często to jej właśnie potrzebowałam najbardziej. Dałeś mi nadzieję tym, że nie odwróciłeś się ode mnie, gdy kontrolę przejęła najgorsza wersja mnie samej. 

Były momenty, gdy nie chciało mi się już żyć. 

I nie chcę, żebyś był z tego powodu smutny. Wiedz, że dużo ode mnie wymaga, być w tej kwestii szczerą. Ale naprawdę były chwile, gdy nie widziałam dla siebie miejsca na tym świecie. Były momenty, gdy chciałam się już całkiem poddać. Chwile, gdy sądziłam, że wszystkim będzie łatwiej beze mnie. 

Ale Ty wtedy byłeś. 

Przez wiadomość. Przez rozmowę. Przez swoją obecność. 

I pewnie wtedy nie zdawałeś sobie sprawy, że często właśnie te chwile, pozwalały mi odłożyć najgorsze myśli na bok. Dzięki Tobie miałam siłę przeżyć dni, w których sama nie byłam pewna czy dam radę. 

Dlatego chcę żebyś wiedział coś bardzo ważnego. Żebyś zawsze miał świadomość, że uratowałeś mi życie. 

Nie mówię tego, jako metaforę. Nie mówię tego dla wielkiego ,,wow". Nie mówię tego by brzmiało, jak scena z tureckiego serialu. Mówię to, bo to jest prawda. 

Może nigdy nie będę w stanie dokładnie opisać i pokazać, jak wielkie znaczenie miała dla mnie twoja obecność. Może nigdy nie będę w stanie znaleźć słów, które w całości oddadzą to, co dokładnie czuję. Ale chcę żebyś wiedział, że część mojego życia i serca, istnieje dzisiaj dzięki Tobie. 

Dałeś mi największą nadzieję, gdy ja nie umiałam znaleźć tej najmniejszej. 

Pomagałeś mi zrozumieć, że przyszłość może wyglądać inaczej niż moje lęki. 

Pokazałeś mi, że ludzie potrafią zostać przy nas bo sami tego chcą, a nie dlatego że muszą. 

I za to będę wdzięczna Ci do końca swojego życia. Do mojego ostatniego oddechu. 

Nie wiem nadal, co przyniesie mi przyszłość. Pewne jest tylko jedno. Niezależnie od tego, gdzie zaprowadzi mnie dalej życie, zawsze będziesz jedną z najważniejszych osób, jakie mogłam mieć w swoim życiu. 

I za to Ci dziękuje. 

Za każdą rozmowę. Za bycie cierpliwy. Za danie mi dobrego słowa. Za każdą iskierkę, którą na nowo rozpalałeś we mnie nadzieję. 

Dziękuje, że byłeś po prostu obok. I za to, że ocaliłeś moje życie. 

Twoja przyjaciółka. 

05 czerwca 2026

Tekst O samotności

Czasem przychodzą wieczory,

Gdy dom przypomina teatr po spektaklu. 

Lampy jeszcze jasno świecą,

Na stole stoją niedopite do końca rozmowy.

W korytarzu nadal słychać czyjś śmiech. 

Ale jednocześnie to brzmi tak, 

Jakby życie wychodziło tylnym wyjściem. 


Siedzę pomiędzy ludźmi, których kocham.

I czuje się jak list, 

Napisany w obcym języku,

Odczytany tylko do połowy. 


Mama czuło pyta czy dziś coś jadłam.

Tata opowiada historię sprzed lat.

Ktoś przesuwa mi bliżej kubek.

Tak jakby kawa mogła naprawić pęknięcia,

Które od lat noszę na swoim sercu. 

Kiwam głową, dając im poczucie, że jestem. 

Ale czuje się jakbym była bezpieczna ciałem,

A jednocześnie tonęła we własnym smutku. 


Bo samotność to nie zawsze puste ściany domu. 

Nie zawsze to kurz na talerzach,

I wiecznie zamknięte okna. 

Czasami samotność niesie się, jak perfumy ukochanej osoby, 

Która leży obok od lat. 

Czasami siada obok przy stole, gdy nakładasz jedzenie,

I pyta, dlaczego milczysz. 


A ja?

Ja nie umiem odpowiedzieć. 

Bo, jak wytłumaczyć mam, 

Że od miesięcy pada we mnie deszcz. 

Deszcz, którego nikt inny nie widzi poza mną. 


Trudno jest codziennie płynąć przez ocean,

Jednocześnie zapewniając bliskich, 

Że wszystko jest w porządku. 

Że jest dobrze. 

Że się trzymam w całości. 


Trudno patrzeć, gdy bliski dotyka twoich ramion, 

Ale jednocześnie do Ciebie nie sięga. 

Trudno jest, gdy wszyscy znają Twój głos, 

Ale nikt nie słyszy ciszy mieszkającej pod sercem. 

Ukrytej. 

Zamaskowanej. 

Bolącej. 


Są noce, gdy leżę obok czyjegoś bicia serca. 

Mam wtedy wrażenie, że dzielą nas kilometry,

Chociaż jesteśmy obok.

Tak jakby między nami rozciągało się ogromne morze,

Na którym wiecznie panuje sztorm. 

Morze, po którym żadna łódź nie może przepłynąć. 


Codziennie uczę się żyć, ale nieco ostrożniej. 

Nie mówić zbyt dużo. 

Nie otwierać drzwi do swojego serca. 

Bo ludzie nie lubią nieuporządkowanych historii. 

Lubią smutek ale podawany cicho. 

Lubią ból, ale wyprasowany z zagnieceń. 

Nie chcą za to wziąć w dłonie czyjegoś chaosu, 

Który wije się po rękach niczym wąż. 


A przecież czasami tak niewiele potrzeba, 

By móc uratować człowieka od powolnego znikania. 

Wzrok zatrzymany dłużej, by spojrzeć głębiej. 

Pytanie zadane z troski a nie przyzwyczajenia.

Obecność, która nie boi się ani chaosu ani ciszy. 


Bo czasami człowiekowi nie trzeba tłumu. 

Czasami trzeba jednego człowieka, 

Przy którym nie trzeba udawać światła. 

Nie trzeba zakładać sztucznego uśmiechu. 

Nie trzeba na siłę pokazywać, że jest okej. 


I może właśnie dlatego najbardziej bolą wieczory.

Ten czas między gasnącym dniem a snem. 

Wtedy wszystkie role opadają, jak ubrania na podłogę. 

Koniec spektaklu. 

I człowiek zostaje wtedy sam. 

Sam na sam ze swoim imieniem.

Ze swoim smutkiem. 

Ze swoim strachem. 


Wtedy słyszę własne myśli głośniej niż tykający zegar. 

Widzę puste miejsca w słowach, których nie odważyłam się powiedzieć. 

Czuję tęsknotę za czymś, czego nie umiem do końca nazwać. 

Szukam zrozumienia.

Szukam spojrzenia, które nie oczekuje tłumaczenia. 


Bo można mieć cały świat obok siebie,

Ale nadal czuć się, jak duch w opuszczonym domu. 

Można mieć wokoło siebie bliskich, 

Nadal czując narastającą samotność. 


A mimo to każdego poranka wstaję. 

Wiążę buty,

Odpisuje normalnie na wiadomości, 

Śmieje się, gdy sytuacja tego wymaga. 

I nikt nie widzi pęknięć. 

Nikt nie widzi człowieka siedzącego pośrodku burzy. 

Człowieka trzymającego w dłoniach płomień. 

Mały, gasnący płomień, 

Którego nie umie nikomu więcej pokazać. 

04 czerwca 2026

Dla Przyjaciela

 Nie wiem od jakich słów, bym mogła zacząć. 


Czy od dnia, w którym Cię poznałam? 

Od naszej pierwszej, nieśmiałej rozmowy?

Od momentu, gdy po raz pierwszy zrozumiałam, 

Że mam obok kogoś, kto nie odejdzie, gdy będzie trudno? 


A może mam zacząć od ciemności? 


Bo zanim wszedłeś w moje życie,

Miałam czas, którego nie chce wspominać. 

Czas bezsennych, długich nocy i jeszcze dłuższych myśli.

Czas, gdy kolejny mój dzień był cięższy od poprzedniego. 


Miałam w sobie zmęczenie, którego nie było po mnie widać. 


Nosiłam smutek, o którym nie chciałam nikomu mówić. 


Nosiłam strach, który każdego dnia rósł po cichu,

Karmiony samotnością, zwątpieniem i łzami. 


Cały świat widział mój uśmiech. 

Cały świat słyszał moje pewne: 

,,Wszystko jest okej"

,,A dobrze leci"

,,Nie masz o co się martwić"


Ale Ty usłyszałeś więcej.


Usłyszałeś moją ciszę, pomiędzy potokiem słów. 


Zobaczyłeś zmęczenie, ukryte pod tonami żartów. 


Widziałeś we mnie pęknięcia, których inni nie byli w stanie zauważyć. 


Nigdy nie odwróciłeś od tego wzroku. 

Nie udałeś, że nie widzisz. 


Nie pytałeś, bo tak wypada. 

Pytałeś, bo Ci zależało, żeby wiedzieć. 


I dzisiaj wciąż o tym myślę. 


O tych wszystkich chwilach, które były z pozoru zwyczajne. 


Kilka zwykłych wiadomości. 


Kilka dłuższych rozmów. 


Kilka słów zwykłego wsparcia. 


Kilka godzin, które poświęciłeś osobie,

 Która sama nie wierzyła, że jest czegoś warta. 


Ale ty wierzyłeś nawet, gdy ja nie umiałam. 


Wciąć pamiętam dni, które były bezsensu. 


Pamiętam poranki, w które wstawałam od razu zmęczona. 


Pamiętam wieczory, które chciałam spędzać w ciszy. 


Ale pamiętam też Ciebie. 


Zawsze będącego gdzieś obok. 


Nie próbowałeś naprawić całego mojego świata. 

Nie obiecywałeś mi rzeczy niemożliwych. 

Nie kłamałeś, że będzie wszystko idealne. 

Po prostu byłeś obok. 

A czasami to jest jedyne, czego człowiek potrzebuje. 


Bo są takie rany, których nie uleczysz żadnymi radami. 

Są burze, których nie uciszysz słowami. 

Są chwile, w których człowiek nie chce odpowiedzi. 

Potrzebuje obecności. 

I Ty właśnie byłeś tą obecnością. 


Byłeś jak jasne światło w domu, do którego wraca się po ciężkim dniu. 


Byłeś, jak gwiazda na niebie, która pokazuje kierunek, gdzie zmierzać. 


Byłeś jak ciepły ogień zimą, gdy wszystko inne jest lodowate. 


Nie wiem czy jesteś w stanie wyobrazić sobie,

Ile razy ratowałeś mnie przed upadkiem.


Mogłeś nawet tego nie zauważyć. 


Może dla Ciebie to były tylko zwykłe rozmowy.

Zwykłe codzienne słowa. 

Zwykłe ludzkie gesty.

Ale dla mnie to było coś więcej. 


Byłeś dla mnie nadzieją, ale taką prawdziwą. 

Nie tą z książek czy romantycznych filmów. 

Nie tą wielką i najgłośniejszą. 

Lecz cichą, powolną nadzieją. 

Która pojawia się, jak promień słońca, przebijający chmury. 

Która jest jak pierwszy oddech po duszeniu się.

Jak pierwsza gwiazda na zupełnie czarnym niebie. 


To dzięki Tobie nauczyłam się,

Że nawet najgorsza chwila nie jest wieczna. 


Że nawet człowiek zgubiony wśród gęstego lasu, 

Może w końcu odnaleźć drogę. 


Że można upaść na samo dno, raniąc kolana,

Ale mimo to znaleźć siły by się podnieść. 


Krok po kroku.

Dzień po dniu.

Bez oczekiwania podziękowania. 

Bez potrzeby bycia uznanym.

Bez czekania na wdzięczność. 


Po prostu dlatego, że jesteś przyjacielem. 


Czasem myślę, czy ludzie wiedzą jaką mają moc. 

Jak jedno małe słowo, może uratować czyjś dzień. 

Jak jedna rozmowa, może rozpalić nadzieję.

Jak czyjaś obecność, może złapać człowieka wpadającego w ramiona samotności. 


Ty też miałeś tę moc. 

Użyłeś jej być może nieświadomie. 


Nigdy nie chciałeś być bohaterem ale nim zostałeś.

Nie dlatego, że pokonałeś ogromnego smoka.

Nie dlatego, że pokonałeś tysiąc rycerzy. 

Ale dlatego, że byłeś, gdy reszta wolała odejść. 

Dlatego, że nadal słuchałeś, gdy reszta wolała udawać głuchych. 

Dlatego, że wierzyłeś, gdy ja sama już nie umiałam. 


Jeżeli dzisiaj mogę mówić, że jest spokojniej, to tylko dzięki Tobie. 

Dzięki Tobie szukam radości w najmniejszych rzeczach. 

Dzięki Tobie nadal próbuje marzyć i iść naprzód. 


Bo uratowałeś co dużo więcej niż jeden dzień,

Więcej niż jeden moment,

Więcej niż jeden uśmiech. 


Ocaliłeś część mnie, która prawie umarła. 

Odnalazłeś człowieka, którego nie widziałam. 


Więc dzisiaj chce Ci podziękować. 

Za wspólne rozmowy.

Za każde słuchanie mojego milczenia. 

Za bycie cierpliwym, gdy było ciężko. 

Za bycie promienień nadziei, który rozpaliłeś w moim sercu. 

Za to po prostu, że byłeś. 

I że nadal jesteś. 


Bo czasami ludzie pojawiają się, jak przelotne gwiazdy.

Tylko na chwile. 

Są tacy, co zostawiają po sobie tylko wspomnienia. 

I są tacy, jak Ty. 


Którzy stają się nieodłączną częścią czyjegoś świata.

Czyjąś siłą.

Czyjąś nadzieją.

Częścią czyjeś historii. 


I gdy kiedyś spojrzę na swoją drogę, którą przeszłam.

To wśród wszystkich zakrętów, błędów, upadków

Zobaczę również Ciebie stojącego obok. 

Z dłonią wyciągniętą w moim kierunku.

Z dobrym słowem, dodającym otuchy. 

Z wiarą, której mi brakowało. 

I wtedy też pomyślę, że w tym wszystkim spotkało mnie największe szczęście,

Jakie człowiek może sobie wyobrazić. 

Bo odnalazłam przyjaciela, który stał się dla mnie światłem,

Gdy cały świat był pogrążony w ciemności. 

03 czerwca 2026

Wiersz ,,Utracona przyjaźń"

 Byłaś częścią mojego świata. 

Wiadomością ,,napisz, jak dojedziesz". 

Moimi gwiazdami w nocy. 

Byłaś osobą, która pierwszy pojawia się w głowie, 

Gdy świat zaczynał się walić na kawałki. 


Nie wiem dokładnie,

Kiedy weszłaś do mojego serca. 

To nie było nagle, 

Bo taka przyjaźń rośnie po cichu. 

Z wciąć niedokończonych rozmów. 

Z głupich żartów. 

Ze wspólnego milczenia, które ani razu nie było niezręczne. 


Znałaś mnie na wylot. 

Lepiej niż ktokolwiek mógłby znać. 

Wiedziałaś kiedy kłamię, mówiąc, że jest ,,okej". 

Słyszałaś smutek nawet, gdy się śmiałam. 

Przy Tobie nie musiałam być silna, 

Nie musiałam udawać. 

I może dlatego twoja nieobecność aż tak boli. 


Bo to nie jest dla mnie tylko stratą człowieka. 

Dla mnie to jest jak utrata kawałka świata. 

Wszystkie nasze miejsca nagle stały się dziwne. 

Ulubiona ławka w parku. 

Ulice, którymi spacerowałyśmy. 

Piosenki, które nieraz razem śpiewałyśmy. 

Nawet cisza jest jakaś inna, 

Odkąd musze milczeć sama. 


Najgorsze jest, że świat nie stanął nawet na moment. 

On nadal pędzi. 

Ludzie się wciąć śmieją. 

Autobusy wciąż przyjeżdżają na przystanek. 

Słońce nadal codziennie zachodzi tak samo. 

Tylko ja stoję pośrodku tego wszystkiego. 

I chyba nigdy nie zrozumiem, 

Jak świat może istnieć dalej bez Ciebie. 


Czasem łapie się na tym, że chce napisać. 

Widzę coś i od razu przychodzi mi do głowy

,,Spodobałoby się jej". 

Ale potem dostaje lodowatą wodą w twarz, 

Przypominając sobie, że nie mogę. 

Że między nami jest cisza.

Obca cisza. 

I żadne z nas nie umie jej przerwać. 


Nie wiem kiedy się zupełnie zgubiłyśmy. 

Może od przemilczanych pewnych spraw. 

Może gdzieś pośród zmęczenia. 

Może od głupiej dumy, która była mocniejsza niż szczerość. 

Kiedyś umiałyśmy rozmawiać godzinami,

A później zwykła wiadomość była zbyt trudna do napisania. 


Wiesz co boli najbardziej? 

Świadomość. 

Świadomość, że dziś jest ktoś kto zna Cię lepiej. 

Że ktoś inny słucha Twoich problemów.

Że ktoś inny powoduje uśmiech na Twojej twarzy.

Że tworzysz nowe historie w życiu,

O których być może nigdy się nie dowiem.

A ja? 

Ja jestem tylko wspomnieniem.

Starym rozdziałem w Twojej książce.

Czymś do czego już się nie wraca. 


Nadal nie mogę się pogodzić z tym, 

Że nie było to jak trzęsienie ziemi. 

Nie było dramatycznego końca świata. 

Po prostu to znikało powoli. 

Mniej wspólnych rozmów. 

Coraz większy dystans między nami. 

Aż któregoś dnia stałaś się obca,

W sposób cichy, niezauważalny. 


A byłaś człowiekiem, jak dom. 

Takim przy którym najgorszy dzień był lepszy. 

Takim przy którym miałam pewność, że burza minie. 


I dzisiaj wciąż, gdy ważne jest wydarzenie

Przez sekundę pomyślę o Tobie. 

I chyba to dobitnie mi pokazuje, 

Jak wielka dziura jest w sercu po straceniu przyjaźni. 


Bo o złamanym sercu i miłości straconej

Ludzie piszą książki i piosenki. 

A po stracie przyjaciela zostaje ciche: 

,,Brakuje mi Ciebie",

Którego nie ma do kogo powiedzieć.