06 lipca 2026

Artystyczne przemyślenia

Miłość i nienawiść bardzo często są uważane za dwa przeciwległe brzegi, ale w rzeczywistości okazuje się, że płyną one tą samą rzeką. 

Żadna z tych uczuć nie rodzi się z obojętności. Rodzą się one z obecności drugiego człowieka, który tak mocno wszedł w serce i zostawił po sobie ślad, że nie sposób go wymazać. 

Tylko jak to jest, że można kogoś kochać z całego serca i jednocześnie pragnąć go nienawidzić najbardziej na świecie?

I to nie dlatego, że uczucia powoli wygasają, ale dlatego, że miłość czasami potrafi boleć jeszcze mocniej niż jakiekolwiek rozczarowanie czy zawód. 

Nie chce się nienawidzić osoby, za to kim jest. Chce się ją nienawidzić za to, jakie uczucia w nas poruszyła. 

Za tą cholerną ciszę, która została po tygodniach słuchania jej głosu. 

Za ogromną pustkę, która została tam, gdzie kiedyś znajdowało się poczucie bezpieczeństwa.  

Co jest największym paradoksem? To że nienawiść jest ostatnią próbą uwolnienia się od miłości. 

Człowiek za wszelką cenę chce zmienić pozytywne uczucie w gniew, bo gniew wydaje się często łatwiejszy do uniesienia niż czułość. 

O wiele prościej jest powiedzieć ,,nienawidzę cię" niż przyznać się, że nadal boli i rani każdy najmniejszy fragment wspomnień. 

I może właśnie dlatego te dwa uczucia się często spotykają. 

Są trochę niczym ogień i popiół. Jedno nigdy by nie istniało bez drugiego. 

Tam, gdzie nigdy nie gościła miłość, nie ma też najprawdziwszej nienawiści. 

Jest tylko obojętność, która jednocześnie jest jedynym uczuciem kończącym wspólną historię. 

I być może dorosłość polega na tym, że akceptuje się to, że można jednocześnie mieć w sobie wielką wdzięczność za wspólną przeszłość ale jednocześnie wielki żal za to, co zostało zniszczone. 

Można kochać czyjeś jasne światło i jednocześnie nienawidzić cienia, który przez nie powstaje. 

I można przez bardzo długi czas trwać pomiędzy tymi dwoma uczuciami, dopóki jedno z nich nie ustąpi całkowicie miejsca drugiemu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz