Mówiono już, że świat umiera. Ale nie w sposób, w jaki umierają ludzie.
Nie było żadnej wojny, która mogłaby pochłaniać miasta. Nie było żadnej zarazy, która mogłaby pustoszyć całe krainy. Niebo nie spadło na ziemię a morza nie zalały lądów.
Świat po prostu zaczął powoli cichnąć.
Najpierw zaczął znikać śmiech. Później czułość. Ludzie przestali za sobą tęsknić, przestali czekać na swoich bliskich. Przestali całkowicie kochać.
Małżonkowie budzili się rano i patrzyli na siebie, jak na zupełnie obcych. Rodzice opiekowali się swoimi dziećmi ale bez choćby grama rodzicielskiego ciepła. Przyjaciele rozchodzili się bez żadnego żalu.
Nikt nie wiedział dlaczego.
Nikt poza jedną kobietą- starą wiedźmą, która mieszkała w zamku ukrytym gdzieś między górami. Właśnie tam, w najgłębszej komnacie, była przykuta do kamiennej posadzki dziewczyna o rudych włosach. Miała na imię Lusia i nie była świadoma, że całe ludzie serce świata bije właśnie w jej piersi.
Zwłaszcza, że jej własne serce od dawna nie znajdowało się w ciele. Stało w gablocie na czarnej kolumnie. Całe skute lodem i z każdym dniem zamarzało coraz bardziej.
Lusia całkowicie przestała liczyć dni. Z początku jeszcze próbowała.
Wyryła pierwszą kreskę w kamiennej ścianie. Potem drugą, trzecią...Ale po pewnym czasie już przestała.
Nie wiedziała, więc ile miesięcy minęło. Może rok a może już dziesięć lat.
Do zamku nie wpadał choćby promień słońca. Jedynym źródłem światła były pochodnie, które nigdy nie gasły.
Nie było tu też ani zegarów ani niczego, co mogłoby pokazywać upływający czas. Wiedźma nie chciała, żeby Lusia wiedziała, jak długo jest tu więziona.
*
Dziewczyna siedziała na zimnej posadzce, opierając plecy o kamienną ścianę. Jej rude włosy były całkowicie potargane. Na nadgarstkach miała ślady od łańcuchów. Próbowała mocniej się poruszyć, ale metal zabrzęczał
-Nawet nie próbuj- odezwał się głos
Lusia podniosła wzrok do góry. Przy wejściu do komnaty zobaczyła wiedźmę. Stała tam w długiej, czarnej sukni. Jej srebrne włosy spływały aż do samej ziemi.
-Czego chcesz?- zapytała Lusia.
-Niczego
-Więc odejdź ode mnie
-Nadal jesteś uparta- wiedźma uśmiechnęła się
-A ty nadal walnięta- odparła ostro Lusia
Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy kobiety
-Uważaj sobie- warknęła do dziewczyny
Lusia spojrzała na nią z dosyć mocną pogardą
-A co? Zabijesz mnie?
Wiedźma podeszła do czarnej kolumny i położyła dłoń na lodzie otaczającym serce.
-Niestety nie mogę- powiedziała z udawanym smutkiem
-Dlaczego?
-Bo nie chce żebyś umarła
Lusia skierowała wzrok w kierunku swojego serca
-Więc dlaczego mi je zabrałaś?- zapytała
Wiedźma milczała dłuższą chwilę, nie wykonując żadnego ruchu
-Odpowiedz!- krzyknęła Lusia a głos rozbił się pomiędzy ścianami
- Bo jesteś niebezpieczna
Dziewczyna zaśmiała się gorzko
-Ja? Niebezpieczna?
-Tak
-Jakbyś nie zauważyła jestem przykuta do podłogi- powiedziała sarkastycznie Lusia
-Ale mimo to cały świat cię zaczyna szukać
Lusia zmarszczyła brwi zdziwiona
-Co?
Wiedźma odwróciła się do dziewczyny
-Jeszcze tego nie rozumiesz- powiedziała
-Ale czego?
-Twoje serce nie jest zwykłym sercem, jak u innych ludzi
Lusia poczuła jak jej serce przeszywa nieprzyjemny chłód
- Co masz dokładnie na myśli?
-Gdy kochasz ty, kocha też cały świat- wiedźma dotknęła lodu- A gdy twoje serce cierpi- Lód rozjarzył się błękitnym światłem- Cierpi również cały świat
Lusia zamilkła zamyślona. Wiedźma uśmiechnęła się
-Dlatego właśnie musisz pozostać sama
*
Lusia dokładnie pamiętała swoje dzieciństwo. To było w tym wszystkim najdziwniejsze. Wiedźma mogła zabrać jej całe serce, mogła zabrać wolność i mogła nawet zamknąć ją w zamku, ale nie mogła odebrać jej wspomnień.
Pamiętała dokładnie dom- mały, drewniany budynek stojący na skraju lasu. Pamiętała zapach pieczonego chleba. Pamiętała śmiech swojej matki. Pamiętała ojca, który ukrywał płacz zmartwienia, kiedy jako dziecko wracała zbyt późno do domu. Pamiętała przyjaciół ale również ten pierwszy raz, gdy zobaczyła Jamesa. Miała wtedy siedemnaście lat a on dziewiętnaście. Stał pod drzewem i próbował naprawić coś, co wyglądało jak kusza.
- Zepsułeś ją?- zapytała Lusia
James podniósł głowę do góry. Miał brązowe włosy i zielone oczy. I zdecydowanie za dużo pewności siebie
-Nie zepsułem- odpowiedział
- Ale nie działa
- To chwilowe
-Nie działa już od rana
-Tym bardziej jest to chwilowe
Lusia przewróciła teatralnie oczami.
-Jesteś beznadziejny- powiedziała
-A ty za bardzo wścibska- James nie pozostawał jej dłużny
-Jestem Lusia
-jestem James
I właśnie mniej więcej tak zaczęła się ich relacja. Nie wielką przygodą. Nie jakimś przeznaczeniem. Nie magicznym zaklęciem. Po prostu sprzeczką dwójki młodych ludzi, którzy z czasem stali się przyjaciółmi.
Najlepszymi przyjaciółmi.
James zawsze potrafił ją rozśmieszyć do łez a ona zawsze potrafiła wyciągnąć go z kłopotów.
Ale kilka lat później James wstąpił do wojska. Obiecał jej, że wróci niedługo
-Obiecujesz?- zapytała
- Obiecuję- powiedział pewnie
-Nawet jeżeli będzie wojna?
-Nawet wtedy
-A jeżeli będziesz naprawdę daleko?
-Wtedy również wrócę
-A co jeżeli zostaniesz ranny?
-Wtedy będę wracać jeszcze szybciej
Lusia głośno roześmiała się. Tak bardzo w to wierzyła
-Głupek- powiedziała radośnie
-Ale twój głupek- James przyciągnął ją do siebie
Oboje wtedy nie wiedzieli, że rozłąka będzie trwała dłużej, niż mogliby przypuszczać.
*
Drzwi do komnaty otworzyły się z głośnym dźwiękiem. Lusia natychmiast podniosła głowę, wiedząc co się szykuje.
Kolejny człowiek. Kolejna próba uwolnienia jej. Kolejne głupie rozczarowanie.
Tym razem jednak coś od początku było inaczej. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna w wojskowym mundurze. W świetle pochodni odznaczały się jego brązowe włosy i lekki zarost nadający poważności. Widać było, że ma zmęczoną i wyczerpaną twarz.
Lusia na moment wstrzymała oddech. Mężczyzna zatrzymał się kilka metrów od niej i na nią spojrzał
-Lusia? To ty?
Dziewczyna poczuła jakby cały świat zatrzymał się na chwilę
-James?
-Cześć- mężczyzna uśmiechnął się aż pojawiły się iskierki w jego zielonych oczach
-Nie...
-To chyba nie jest najlepsze powitanie- zdziwił się
-Nie powinno ciebie tutaj być
James zrobił krok do przodu a całe pole magnetyczne zadrżało
-Stój!- krzyknęła dziewczyna a mężczyzna od razu stanął
-Dlaczego?
-Bo cię odrzuci
-Wiem
-Nie rozumiesz- westchnęła dziewczyna
-Rozumiem- James dalej był nieugięty
-Nie!- Lusia wstała a łańcuchy natychmiast się napięły- Ostatni śmiałek, który próbował do mnie podejść, poleciał przez połowę sali
-To chyba dlatego, że nie wiedział, co dokładnie robi- James spojrzał na nią
-A ty? Ty wiesz?
-Nie
-Więc odejdź
-Nie. Nie po to szukałem cię przez trzy lata
-Co?- Lusia zamarła
-Trzy lata- James zrobił krok w stronę swojej przyjaciółki
Pole magnetyczne w niego uderzyło. Mężczyzna zachwiał się lekko ale nie cofnął choćby pół kroku
-Gdzie tyle czasu byłaś?- zapytał
-Tutaj- Lusia odwróciła wzrok w stronę jednej ze ścian
-Kto Ci to zrobił?
Dziewczyna nie odpowiedziała nic i spojrzała na kolumnę niedaleko niej. James też podążył tam wzorkiem. Jego twarz nagle pobladła
-Czy to...To twoje serce?
-Tak- Lusia skinęła głową
James podszedł w jej stronę kolejny krok. Nagle lód pokrywający serce zaczął pękać. Jedna mała szczelina, przechodząca przez całą długość skorupy.
James spojrzał na dziewczynę
-Lusia...Ono się topi
-Co?- dziewczyna spojrzała na kolumnę
Pierwszy raz od bardzo dawna zobaczyła coś, na co już nie miała żadnej nadziei. Zobaczyła światło. Delikatny rozbłysk światła.
James usiadł na podłodze kilka metrów od dziewczyny. Tak aby zachować bezpieczną dla nich odległość
-Opowiedz mi- Powiedział ale Lusia milczała- Cokolwiek
-Nie mam czego Ci opowiadać James
-Jest. Trzy lata spędziłem na szukaniu Ciebie
-Nie powinieneś- dziewczyna pokręciła lekko głową
-To nie ty na szczęście decydujesz co powinienem, a co nie
Lusia spojrzała na niego i delikatnie się uśmiechnęła
-Nadal jesteś bardzo uparty
-Ty też- mężczyzna odwzajemnił uśmiech. Przez chwilę siedzieli w zupełnej ciszy- Byłem pewny, że już nie żyjesz
-Czasem też tak myślałam o tobie- Lusia spuściła znowu wzrok w podłogę
-Kto Ci to zrobił?
-Wiedźma
-Dlaczego? Nie rozumiem
-Bo boi się mojego serca- odrzekła Lusia.
Dziewczyna powiedziała mu wszystko, co usłyszała od wiedźmy. O tym, że gdy ktoś tylko próbował się do niej zbliżyć, pole magnetyczne odpychało go daleko. O lodzie, który z dnia na dzień był coraz grubszy. O świecie, który zaczynał się rozpadać. O miłości, która zniknęła całkowicie.
James słuchał wszystkiego bez słowa. A kiedy dziewczyna skończyła mówić, on długo patrzył na jej serce
-Więc jeżeli ja odejdę...
-Lód znowu zamarznie i stanie się mocniejszy- dokończyła za niego Lusia
-A co jeżeli zostanę?
-Nie wiem- Lusia głośno przełknęła ślinę
-W takim razie zostaję- James uśmiechnął się lekko i oparł głowę o ścianę
Wiedźma o wszystkim wiedziała. Oczywiście, że nie mogłabym nie wiedzieć. W zamku przecież nie było najmniejszego miejsca, którego nie mogła obserwować.
Stała cały czas w najwyższej wieży i patrzyła na wszystko przez magiczne zwierciadło. Zobaczyła Lusię i James. Dostrzegła szczelinę, która pojawiła się na lodzie.
-Nie- wyszeptała a jej dłoń zacisnęła się na magicznej lasce- Nie pozwolę na to
Czekała przecież setki lat na zrealizowanie swojego planu, bo potrzebowała tylko jednej rzeczy. Potrzebowała tylko serca Lusi, bo ona nie była zwyczajną dziewczyną, za którą się uważała. Jej rodzina pochodziła z pradawnego rodu Strażników Serca. Raz na kilka pokoleń przychodziła na świat osoba, która miała możliwość aby wpływać na uczucia ludzi, na całym świecie. I to właśnie Lusia zjawiła się, jako taka osoba.
Gdy była dzieckiem czy nastolatką, nie wiedziała o swojej mocy. Nadal nie była do końca świadoma tego, jak potężna jest.
Jej śmiech sprawiał, że wszystkie kwiaty rozkwitały. Jej szczęście potrafiło uleczyć nawet najgłębsze rany. A jej miłość w sercu była tak silna, że przywracała ludziom nadzieję na całym świecie.
Wiedźma bardzo pragnęła tej mocy. Chciała ją przejąć, ale ile prób nie było, i tak nie mogła tego zrobić. Dlatego właśnie zamroziła serce Lusi. Żeby odebrać światu całą miłość, jaka mogła istnieć.
Bo im Lusia była bardziej samotna, tym wiedźma stawała się coraz silniejsza. James był osobą, która jako pierwsza realnie zagroziła planowi.
*
James pozostał na noc w zamku. Lusia nie do końca była w stanie zrozumieć dlaczego
-Wiesz, że możesz spać w innym pomieszczeniu?- zapytała
-Wiem
-Więc...dlaczego siedzisz tutaj?
-Bo się boje, że wiedźma do ciebie wróci- odpowiedział
-Na pewno wróci. Nie podda się
-W takim razie tym bardziej tu zostaję- James spojrzał na dziewczynę siedzącą przy ścianie
-Jesteś niemożliwy- westchnęła, kręcąc głową
-Hmm mówiłaś to już kiedyś
-Wiem
Pomiędzy przyjaciółmi zapadła długa cisza. Słychać było jedynie trzask ognia i bicie serc. Widać było, że każde z nich ma coś do powiedzenia, ale żadne nie wie, jak to ująć w słowa
-James?
-Tak?
-Czy przez te trzy lata faktycznie mnie cały czas szukałeś?- zapytała
-Każdego dnia. Każdej nocy- mężczyzna spojrzał na swoją przyjaciółkę- Przecież właśnie to ci obiecałem
-Ale ludzie łamią czasem obietnice- dziewczyna przysunęła do siebie kolana i je objęła- Nie pamiętają o nich
-Ale nie ja
Lusia spojrzała na Jamesa a jej oczy zrobiły się zielone. Mężczyzna uśmiechnął się szeroko
-Znowu
-Co?- zapytała zdezorientowana
-Twoje oczy zmieniają kolor. Zauważyłem to
-Ehh nie patrz na mnie tak
-Jak?- zapytał się mężczyzna, nie spuszczając choć na chwilę oczu z dziewczyny
-Jakbyś...- urwała w połowię zdania- Jakbyś nadal widział we mnie tę samą dziewczynę, co kilka lat temu
James uśmiechnął się i spojrzał prosto w jej oczy
-Bo dla mnie nadal nią jesteś
*
Wiedźma zaatakowała już kolejnego dnia. Gdy tylko słońce wstało zza gór. Bez żadnego ostrzeżenia.
Ściany całego zamku zatrzęsły się, jakby obok uderzył meteoryt. Wszystkie pochodnie w pomieszczeniu zgasły.
-James!- Lusia poderwała się z ziemi
-Jestem tutaj
Z ciemności zaczęła wyłaniać się postać wiedźmy
-Odejdź od niej- powiedziała, uderzając laską o podłogę
-Nie- James stanął tak, aby zasłonić Lusię
-Nie rozumiesz głupcze co robisz
-Wiem wystarczająco dużo
-Ona może zniszczyć świat
-Nie wierzę Ci- mężczyzna uparcie zaprzeczał słowom wiedźmy
Stara kobieta spojrzała na wystraszoną Lusie
-Powiedz mu- skierowała się do niej- Powiedz mu, ile osób może umrzeć, jeżeli twoje serce znowu zacznie bić
-To prawda?- James również odwrócił się do Lusi
-Nie wiem- odpowiedziała dziewczyna, chowając twarz w dłonie
-Widzisz?- wiedźma roześmiała się głośno- Nie można jej ufać
-Nie wierzę ci- powiedział twardo James
Wiedźma podniosła rękę do góry. Z jej dłoni wystrzeliła czarna energia, uderzająca prosto w Jamesa. Mężczyzna upadł bezwładnie na ziemię
-James!- Lusia rzuciła się do niego ale łańcuchy ją zatrzymały- Nie!
James próbował się podnieść, ale jego ciało odczuwało ogromny ból. Mimo to stanął aby znowu zasłonić przyjaciółkę ciałem
-Nie podchodź Lusia...
-Zamknij się!- Wiedźma uniosła rękę po raz drugi- To koniec
Zaklęcie wystrzeliło z rąk wiedźmy i trafiło prosto w serce Jamesa. Lusia mogła tylko patrzeć, jak ciało mężczyzny ponownie upada.
Czas nagle stanął w miejscu
-James?- słowa Lusi pozostały bez odpowiedzi- James!- znowu nic
Lusia zaczęła płakać. Prawdę mówiąc nie pamiętała kiedy z jej oczu ostatni raz leciały łzy. Teraz natomiast płynęły grubymi ścieżkami po jej policzkach. Jej oczy cały czas zmieniały kolor. Zielony. Niebieski. Szary. Bursztynowy. Czarny. Aż w końcu przybrały kolor krwistej czerwieni.
Łańcuchy zaczęły pękać. Wiedźma natychmiast się cofnęła
-Nie. To niemożliwe- szepnęła, robiąc kolejne kroki w tył
-Ty go nie dostaniesz- powiedziała Lusia, gdy pierwszy łańcuch pękł- Nie odbierzesz mi go nigdy- Pękł drugi łańcuch- Nie odbierzesz mi już nigdy nikogo- Trzeci łańcuch
Gdy pękł trzeci, cała sala zaczęła mocno drżeć. Lód na zamarzniętym sercu zaczął topnieć.
-Przestań!- krzyknęła wiedźma
Lusia wstała i ostatni łańcuch pękł. Pole magnetyczne otaczające dziewczynę eksplodowało. Wiedźma została odrzucona na tyle mocno, że uderzyła w ścianę na końcu sali.
Lusia podbiegła do Jamesa i upadła obok niego
-James, proszę...- położyła dłoń na jego piersi- Nie możesz mi tego zrobić. Wróciłeś po mnie- Łzy zaczęły spadać na twarz mężczyzny- Więc teraz też do mnie wróć
Serce na kolumnie zaczęło bić. Najpierw raz. Potem drugi i trzeci. Lód nadal pękał na tyle mocno, że słychać było echo odbijające się od ścian.
James nagle wciągnął powietrze a Lusia spojrzała na niego
-James?
Mężczyzna otworzył oczy. Jej ukochane zielone oczy
-Mówiłem Ci- zakasłał- Że nie jest tak łatwo się mnie pozbyć
Lusia roześmiała się, wciąż płacząc. Przytuliła go najmocniej na świecie. A wtedy...lód całkowicie eksplodował.
*
Jasne światło wypełniło całą salę. Serce magicznie uniosło się nad kolumną a lód spadł z niego, jak potłuczone szkło. Zaczęło bić a każde uderzenie wysyłało falę światła. Pierwsza opuściła całkowicie zamek. Druga przeleciała wysoko nad górami. Trzecia dotarła do największych miast. Czwarta do najmniejszych wiosek. Piąta poleciała do najdalszych zakątków na całym świecie.
Ludzie zatrzymywali się nagle na środku ulicy. Ktoś nagle przypomniał sobie swoją pierwszą miłość. Ktoś inny pobiegł szybko do dawno nieodwiedzonej matki. Mężczyzna, który już lata nie rozmawiał ze swoim bratem, wyciągnął telefon z kieszeni i zadzwonił. Kobieta, która nie czuła od dawna nic do męża, rozpłakała się i go mocno przytuliła.
Świat zaczął żyć na nowo. A wiedźma zaczęła umierać.
-Nie!- Jej ciało zaczęło pokrywać się pęknięciami, jak na porcelanie- Nie możecie!
Lusia wstała i wyprostowała się. Stała teraz bardzo pewna siebie.
-To nie ty decydujesz, kogo wolno kochać- powiedziała
-Miłość zawsze prowadzi do cierpienia- krzyknęła wiedźma
-Może i tak- Lusia spojrzała na Jamesa- Ale brak miłości zawsze prowadzi do pustki
Wiedźma zamilkła a chwile później po prostu zniknęła.
*
Od tamtego wydarzenia minęło już kilka tygodni. Zamek przestał w końcu być więzieniem i siedzibą wiedźmy a stał się po prostu pustą ruiną.
Lusia i James zeszli z wysokich gór. Ich droga była bardzo długa, ale tym razem Lusia mogła iść w końcu bez łańcuchów.
Jej rude włosy rozwiewał wiatr a jej oczy zmieniały kolor w zależności od padającego światła.
Jej serce natomiast...biło. Tak prawdziwie i w końcu na swoim miejscu.
Pierwszego dnia zatrzymali się przy jakimś małym jeziorku. James usiadł przy samym brzegu, natomiast Lusia stanęła obok.
-Boje się- powiedziała
James spojrzał na nią
-Czego?
-Że kiedyś znowu to wszystko stracę
-Nie przewidzisz przecież tego, co może się wydarzyć
-I właśnie tego się boje- westchnęła dziewczyna
James wstał aby do niej podejść bliżej.
-Pamiętasz, co ci kiedyś powiedziałem?
-Że jesteś niemożliwy?
-To też- mężczyzna się uśmiechnął- Ale powiedziałem ci też, że wrócę
Lusia spojrzała na niego i również się lekko uśmiechnęła
-I faktycznie wróciłeś
-I uwierz mi, że każdym następnym razem również wrócę
-A jeżeli nie będzie mógł? Co wtedy- zapytała
James wyciągnął dłoń w stronę dziewczyny
-Obiecuję, że wtedy również znajdę sposób
Lusia chwile patrzyła na jego rękę, wahając się. Po chwili jednak ją chwyciła. Ich palce splotły się a jej oczy zrobiły się zielone. James na ich widok uśmiechnął się szeroko
-Znowu są zielone- powiedział
-Chyba Ci się podobają
-Nawet nie wiesz, jak bardzo
Lusia pokręciła głową
-Nie powinieneś mi ciągle mówić takich rzeczy- powiedziała
-Dlaczego?
-Bo mogę się do nich przyzwyczaić
James ścisnął jej dłoń nieco mocniej
-No to się przyzwyczajaj- uśmiechnął się
*
Wiele lat później ludzie wciąż opowiadali niezwykłą historię Lusi. Była ona przekazywana z pokolenia na pokolenie. Niektórzy nazywali ją Strażniczką Serca. Inni dziewczyną, która pokonała zimę stulecia. A jeszcze inni twierdzili, że ta historia to tylko zwykła legenda.
Ale w pewnym malutkim miasteczku, gdzieś niedaleko lasu, stał dom. Mieszkała w nim rudowłosa kobieta z magicznymi oczami. Czasem były zielone, czasem niebieskie, czasem szare. A kiedy się złościła, nabierały pięknego bursztynowego blasku.
Obok niej natomiast żył mężczyzna o brązowych włosach, zielonych oczach i zaroście. Nadal nosił wojskowy mundur ale coraz częściej był on kładziony razem ze zwykłymi ubraniami.
Pewnego wieczoru oboje siedzieli na tarasie. Lusia położyła głowę na ramieniu Jamesa
-Myślisz, że ludzie wciąż pamiętają?- Zapytała
-O czym?
-O zamku. O wszystkim
James spojrzał na nią
-Zapewne tak- odpowiedział
-A o wiedźmie?
-O niej to pewnie jeszcze mocniej
Lusia uśmiechnęła się lekko na dźwięk tonu mężczyzny
-A o nas?
James przeniósł wzrok na piękny zachód słońca
-Mam nadzieję, że nie
-Dlaczego?- Lusia podniosła głowę z ramienia mężczyzny
-Bo ja nie chcę, żebyśmy my też stali się legendą
-A czym w takim razie chcesz być?
-Po prostu nami- James pojrzał prosto w jej oczy-to mi całkowicie wystarcza
Lusia uśmiechnęła się i przytuliła mocno do niego. Gdzieś w oddali rozległ się wesoły śmiech dziecka. Wiatr delikatnie poruszał drzewami.
W piersi Lusi radośnie biło serce. To samo serce, które kiedyś było skute grubym lodem. To samo, które decydowało o losie całego wielkiego świata. Ale teraz już nie należało do świata, nie należało do innych. Należało do niej.
I może właśnie na tym miała polegać cała magia tej sytuacji.
Nie na tym, że potrafiła kochać za wszystkich ludzi. Nie na tym, że jej serce mogło uzdrawiać innych. Nie na tym, że była w stanie pokonać wiedźmę. Największą magią było to, że po tym wszystkim; po strachu, samotności, bólu, utracie i latach spędzonych całkowicie w samotności, wciąż umiała otworzyć swoje serce.
A obok niej właśnie siedział ktoś, kto nigdy jej nie przestał szukać.
James- jej przyjaciel, jej żołnierz, jej bezpieczna przystań. I przede wszystkim człowiek, który pokazał, że czasami wystarczy tylko jedna osoba, by stopić lód na sercu, który wydawał się wieczny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz