15 września 2026

List, który potrzebowałam napisać

 Droga, była przyjaciółko.

Chcę Ci dzisiaj powiedzieć coś, chociaż długo myślałam, że nie będę w stanie nigdy tego zrobić. 

Bardzo długo nosiłam w sobie naszą przeszłość. Wracałam do wspólnych rozmów, wspomnień i momentów, które kiedykolwiek wydarzyły się między nami. Szukałam w nich odpowiedzi, dlaczego i kiedy przestałyśmy być dla siebie aż tak bliskie. Szukałam najmniejszego momentu, gdy mogło coś się zmienić. Zastanawiałam  się, czy mogłam powiedzieć coś inaczej, może zrobić coś odwrotnie niż zrobiłam...

I chyba najbardziej bolało mnie to, że nie umiałam zaakceptować wersji bez odpowiedzi. Nie mogłam pogodzić się z tym, że stało sie tak a nie inaczej. 

Bo wiesz...

Byłaś kiedyś naprawdę ogromną częścią mojego życia. Byłaś osobą, której mówiłam rzeczy, o których inny nie wiedzieli. Byłyśmy razem w chwilach, które po dzień dzisiejszy wywołują chociaż delikatny uśmiech. Znałaś mnie z najgorszych czasów. Znałaś wersję, do której już nigdy nie chciałabym wrócić. 

Dlatego chyba tak trudno było mi się pogodzić, że nasze drogi się rozeszły. 

Długo miałam wrażenie i poczucie, że razem z tobą, straciłam część siebie. Próbowałam poukładać sobie wszystko w głowie- to, co się wydarzyło i jednocześnie to, co mogłoby jeszcze być. Myślałam, jak mogłoby wyglądać nasze życie, gdybyśmy dalej były blisko. Gdybyśmy może bardziej się postarały. Gdybyśmy pewne rzeczy sobie wyjaśniły wcześniej. 

Ale dzisiaj już nie chce żyć tymi ,,gdyby". 

Nie piszę tego listu, aby Cię za coś obwinić. Nie chcę, żebyś miała poczucie, że musisz coś naprawić czy wyjaśnić na siłę.  Nie chcę nawet odpowiedzi. 

Piszę, bo chyba po raz pierwszy umiem spojrzeć na nas, ale nie cofając już czasu. Byłyśmy dla siebie ważne- to prawda. 

I mimo, że później wydarzyły się rzeczy, które bolały, nie chce by one przekreśliły też to, co było dobre. Nie chcę pamiętać do końca tylko tego złego. Chcę pamiętać także wspólny śmiech, długie rozmowy, plany i te wszystkie małe momenty. Dziękuj Ci za to, że kiedyś byłaś w moim życiu.

Ale chcę Ci dzisiaj powiedzieć, że już nie czekam.

Nie czekam na wiadomość. Nie czekam na twój powrót. Nie zastanawiam się już każdego dnia, czy nasza relacja mogłaby wyglądać tak, jak wcześniej. Zrozumiałam, że niektóre relacje muszą się zakończyć. Że czasem ludzie idą w inne strony, chociaż zakładali inaczej. 

I chcę to w końcu zaakceptować. 

Nie wiem czy jeszcze kiedyś nasze drogi się spotkają. Może tak, może nie. Ale jeżeli Cię spotkam, mam nadzieję, że będę umiała spojrzeć na Ciebie bez bólu. Po prostu pomyślę: ,,To była ważna osoba w moim życiu".

Ale bez gniewu.

Bez żalu.

Bez pytań, dlaczego już nie jest. 

Chcę żebyś została w mojej przeszłości. A siebie chcę zabrać w końcu z miejsca, w którym za długo tkwiłam, czekając na coś, czego nie ma. 

Dlaczego chcę Cię puścić. I dzisiaj pierwszy raz czuję, że mogę to zrobić.

I chyba jest to moje pożegnanie. Może nie z tobą, jako człowiekiem. Ale z tym, co było kiedyś pomiędzy nami. 

Dziękuję za wszystko, co przyniosłaś dobrego. Przepraszam za to, co bolało. 

I wiedz, że życzę Ci naprawdę dobrze. Ale teraz pozwalam sobie iść dalej w podróż, nie oglądając się już za siebie. 

14 września 2026

Wiersz ,,Kiedy Ciebie nie ma"

 Kiedy nie mam już Ciebie obok, 

noc nie potrafi zapaść w sen. 

Leży uparcie obok mnie 

i oddycha Twoim imieniem.

A wiem, że nie wrócisz już dziś do mnie.


Patrzę tępo w sufit, licząc wszystkie chwile,

gdy mogłam powiedzieć ,,zostań".

Ale zawsze brakło odwagi.

A teraz?

Teraz zostały mi tylko słowa, których nigdy nie usłyszysz. 


Tęsknota ma zawsze Twój głos.

Przychodzi ona po cichu, 

siada na krańcu łóżka

i niewdzięcznie pyta, czy jeszcze o mnie pamiętasz.


A ja nie odpowiadam...

Boje się.

Boje się, że odpowiedź zabierze mi ostatnią nadzieję.


Często zamykam oczy, udając, że jesteś obok.

Że wciąż mogę oprzeć głowę na Twoim ramieniu. 

Że wciąż mogę poczuć ciepło Twoich dłonic. 

Przez kilka sekund nie boję się jutra...


A potem otwieram oczy i znów jest pusto.


Został mi jedynie zapach wspomnień.

I serce, które wciąż uparcie do ciebie bije,

chociaż już dawno nie powinno na ciebie czekać.


Nie wiem co jest najgorsze.

To, że boję się Ciebie stracić,

czy to, kim będę bez Ciebie. 


Jeżeli kiedyś przejdziesz obok mnie,

i zobaczysz w mych oczach jedynie ciszę,

nie pytaj mnie, co się stało. 

Bo może to wtedy będę próbować pogodzić się z tym,

że ludzi nie traci się w ciągu sekundy.

Traci się ich zawsze po trochu.


W każdej nieodpisanej wiadomości. 

W każdym ,,dobranoc", które przestało istnieć.

W każdym miejscu, które od dawna stało się puste.


A ja?

Ja wciąż tam jestem. 


Wciąż żyję w nocy, gdy ostatni raz uwierzyłam,

że zostaniesz na zawsze. 

13 września 2026

Wiersz ,,Zostań, zanim zgaśnie noc"

 Zostań ze mną jeszcze chwilę,

Niech ta noc nie przemawia za nas.

Kiedy milkniesz, każda ściana jest zbyt blisko

a cisza zna lepiej moje imię, niż ja sama.


Są takie noce, gdy oddech nie chce zasnąć. 

Krąży on wciąż po pokoju, jak zagubione światło.

Szuka miejsca, gdzie jesteś Ty. 


Pamiętam Twój głos, bardziej niż własne myśli.

Pamiętam ciepło dłoni, które uciszało burze we mnie. 

A kiedy Ciebie nie ma- czas zaczyna płynąć inaczej.

Minuty rozciągają się niczym cienie,

a serce choć nadal bije- nie wie dokąd ma iść. 


Jeżeli kiedyś dostrzeżesz, że tonę w myślach,

nie pytaj głupio czego się boję.

Po prostu zostań ze mną. 


Usiądź obok mnie,

nie musisz mówić nic. 

Niech nasze oddechy przypomną mi,

że nie każda noc musi być samotna. 


Może my właśnie tym jesteśmy- dwoma światami,

które drżą w jednym oknie. 

Które mimo mroku wokoło,

ciągle chcą siebie znaleźć.


I jeżeli zacznę spadać,

nie łap mnie bym nie upadła.

Bądź po prostu na dole, 

bym wiedziała, że mam do kogo wrócić. 


12 września 2026

Wiersz ,,Kiedy kończy się dzień"

 Za dnia mam siłę by jeszcze udawać, 

że w moim życiu wszystko ma jakiś sens.

Uśmiecham się do bliskich.

Rozmawiam z nimi, żartuję.

Robię nadal rzeczy, które kiedyś znaczyły dużo.


Nikt nie widzi ile ton ciszy noszę pod skórą.


Mam wokół siebie pełno ludzi.

Mam piękne wspomnienia. 

Mam miejsca, do których mogę wrócić. 

Jednak każdego wieczoru wracam i tak do Ciebie.


A wtedy ten cały świat robi się za duży. 

Cały dom nagle milknie. 


Bo najtrudniej nie jest w ciągu dnia.  

Dzień potrafi strasznie mnie okłamać. 

Daje mi swoje światło, zajęcie. 

Daje mi czyjeś słowa czy chwile zapomnienia. 


Najgorszy jest zawsze wieczór...


Kiedy słońce chowa się za horyzontem.

Razem z nim, znika wszystko co pozwala nie myśleć. 


Wtedy zostaję sama ze swoim sercem i pytaniem.

Pytaniem czy można tęsknić za kimś tak bardzo,

że tęsknota staje się niczym dom. 

Czasem patrzę w niebo i myślę, czy też widzisz te gwiazdy. 

Czy zdarza Ci się czasem o mnie pomyśleć. 

Czy jest we mnie nadal coś, co znajdziesz wśród innych twarzy. 


Bo ja wciąż Cię pamiętam...

Twój głos.

Twoje spojrzenie.

Te drobne chwile, które wtedy były niczym,

a dzisiaj są dla mnie wszystkim.


Chciałabym umieć żyć bez Ciebie.

Nauczyć się uśmiechać bez poczucia winy.

Cieszyć się, nie oglądając się za siebie. 

Zasypiać bez złudnej nadziei, że rano będzie lepiej. 


Ale serce nie rozumiem porzuceń,

tak szybko jak rozum.

Ono potrzebuje dużo czasu. 


Jeszcze jakiś czas będę Cię nosiła w sobie.

Niczym światło dnia, które staje się coraz słabsze,

ale wciąż jest gdzieś obecne. 


Może przyjdzie wieczór, gdy pierwszy raz spojrzę w niebo

i po raz pierwszy nie poczuję bólu.

Może wtedy dotrze do mnie, że nie każda miłość musi trwać,

by dostać miano prawdziwej.


Niektóre miłości przychodzą by nas zmienić.

By nauczyć nas kochać,

Ufać,

Wybaczać,

A później tracić. 

Ale przede wszystkim by nauczyć żyć. 


Jeżeli kiedyś mnie wspomnisz,

Nie pamiętaj tylko mojego smutku.

Zapamiętaj mnie taką, jaką byłam przy Tobie:

z sercem przepełnionym nadzieją,

z oczami skierowanymi w przyszłość,

z wiarą, że po największej burzy przychodzi słońce.


A gdy noc przestanie być moim więzieniem,

ja pomyślę o Tobie, ale już bez żalu.

Popatrzę z wdzięcznością. 

Bo choć Cię straciłam,

Zrozumiałam, jak bardzo można kogoś kochać. 


Dlatego pewnego dnia nauczę się żyć na nowo. 

Nie zapominając o Tobie,

Ale już po prostu bez bólu. 

11 września 2026

Wiersz ,,Nie chce Cię stracić"

 Nie wiem, kiedy dokładnie stałeś się częścią moich myśli.

Kiedy twój głos zamieszkał w mojej głowie. 

Może wtedy, gdy nasze spojrzenia po raz pierwszy się spotkały?

A może dużo wcześniej, jeszcze zanim zdążyłam to zrozumieć?


Pamiętam dzień, gdy nasze drogi się przecięły. 

Ten zwykły dzień nagle nabrał barw. 

Wtedy nie sądziłam, że jeden  człowiek może tak wejść do serca

I zostać w nim na dobre. 


Pół roku- niby tak niewiele

A ja mam wrażenie jakbyśmy znali się od dawna. 

Jakbym gdzieś w tłumie ludzi- szukała właśnie ciebie, 

chociaż nie zdawałam sobie sprawy, że cię szukam. 


Byłam w życiu zagubiona.

Niczym rozbitek, który dawno stracił wiarę w brzeg.

Dryfowałam między swoimi myślami i lękami.

Nie wiedziałam dokąd mam płynąć dalej.

Nie wiedziałam czy mogę komuś jeszcze zaufać. 


A potem zjawiłeś się Ty.

Nie uratowałeś mnie wielkimi słowami. 

Wcale nie musiałeś. 

Wystarczyło mi to, że byłeś obok wśród tych fal. 


Stałeś się dla mnie, jak światło latarni,

którego potrzebowałam, gdy robiło się wokół zbyt ciemno.

Byłeś ciepłem w środku najzimniejszej zimy. 

Spokojem, którego tak długo szukałam. 


I właśnie dlatego boję się o nas bardzo. 


Boje się, że nastanie dzień, gdy nie będziesz szukać moich dłoni.

Boje się, że któregoś dnia twój głos po drugiej stronie ucichnie. 

Że zostaną mi tylko bolące wspomnienia i pytania. 

Ciągłe pytania dlaczego los mi ciebie dał a później zabrał. 


Bo prawda jest taka, że nie chce Cię stracić. 


Nie chce świata, w którym nie ma twojego uśmiechu.

Świata, w którym brakuje twojego spojrzenia czy obecności. 

Nie chce znów udawać, że nie boli mnie samotność. 

Teraz wiem, jak to jest mieć przy sobie kogoś,

Kto spowodował, że serce w końcu przestało się bać. 


Nie obiecuję Ci, że zawsze będę mieć siłę. 

Będę miała wiele gorszych dni. 

Czasem zabraknie mi słów. 

Czasem wystraszę się swoich uczuć. 

Ale chce być zawsze przy Tobie. 


Chce być, gdy będzie dobrze.

Ale również, gdy będzie źle. 

Wtedy, gdy świat będzie po naszej stronie

I wtedy, gdy stanie przeciwko nam cały świat. 


Chce znać Twoje milczenie i rozumieć spojrzenie. 

Chcę być osobą, do której idziesz, gdy chcesz ciszy.

Gdy potrzebujesz bliskości i czyjejś obecności. 


Nie wiem co przyniesie nam jutro.

Wiem, że odkąd jesteś- jutro ma dla mnie inne znaczenie. 

I gdybym mogła powiedzieć Ci jedną rzecz,

Powiedziałabym po prostu ,,zostań".


Nie dlatego, że nie umiem żyć bez Ciebie.

Umiem.

Ale nie chce innego życia niż to, w którym jesteś. 


Wśród tylu ludzi, to ty stałeś się moim spokojnym brzegiem.

Jeżeli życie znowu rozpęta najgorszą burzę,

nie obiecuję, że się nie wystraszę.

Obiecuję, że nie puszczę wtedy twojej dłoni. 


Nie chce Ciebie tylko spotkać. 

Chcę ciebie zatrzymać w swoim życiu. 

10 września 2026

Wiersz ,,Nie zapomnij"

 Powiedz mi kochanie,

Czy Twoje milczenie również ma ciężar?

Czy tylko moje ugina codziennie mi kolana?


Noszą tuż obok żeber niewypowiedziane słowa

I jedną dużą burzę, której nie umiem wypuścić. 


Każdy mi mówi, że czas leczy rany.

A ja od kilku lat patrzę na zegar,

I widzę tylko kolejne, mijające godziny.

To one nauczyły mnie lepiej ukrywać ból. 


Mam oddzielną twarz dla ludzi.

Inny uśmiech dla moich przyjaciół. 

Żart, który powiem, gdy cisza będzie zbyt ciężka. 

Jestem jak komik na scenie, 

Z której nie pozwalają mu zejść. 


A kiedy nocą gasną światła,

Zostaję całkiem sama z cieniem,

Który jest większy ode mnie. 


Czasem chciałabym móc zdjąć z siebie wszystko.

Wszystkie bolesne imiona,

Cudze oczekiwania. 

Wszystkie teksty wypowiedziane przez innych:

,,Musisz"

,,Powinnaś"

,,Nie możesz"


Chciałabym przez chwilę być po prostu...

NIKIM. 


Nie chcę zniknąć,

Chcę usłyszeć kim jestem,

Gdy nikt ode mnie nic nie potrzebuje. 


Mam duże blizny, niewidoczne dla oka. 

Niektóre są już bardzo stare,

Inne dopiero uczą się, jak być częścią mnie. 


I chyba najbardziej nie boję się bólu,

Boję się zapomnienia. 

Że któregoś dnia przejdziesz obok obojętnie

I nawet przez chwilę nie przypomnisz sobie mojego głosu.


Dlatego chcę dzisiaj siebie zapisać:

W moich słowach,

W nocach pozbawionych snów,

W każdym wersie, który po sobie zostawię. 


Jeżeli kiedyś mnie zabraknie,

Nie będę już mieszkać nawet w czyjeś pamięci,

Niech zostanie po mnie to,

Co chciałam powiedzieć. 


Nawet najbardziej cicha osoba,

Często krzyczy całym sercem. 

Czasem największym marzeniem nie jest blask,

ale to, żeby ktoś spojrzał i powiedział: 

,,Widzę Cię. Jestem tu".

09 września 2026

Wiersz ,,w środku sztormu"

 Dlaczego ty wciąż siedzisz w mojej głowie, 

zwłaszcza, gdy noc przykrywa wszystko swym cieniem?

Twoje imię wciąż krąży po całej mojej głowie,

a serce wciąż na to odpowiada nieustannym pragnieniem. 


Pół roku temu nasze drogi zetknęły się ze sobą,

chociaż czasem myślę, że to było i tak zbyt późno. 

Może los naprawdę chciał byśmy się odnaleźli, 

chociaż kosztowało nas to dużo. 


Odkąd jesteś w moim życiu, coś we mnie się zmieniło.

Tak jakby po burzy nagle ucichł wiatr. 

To, co najbardziej bolało, powoli zaczyna iść ku końcowi

a samotność przestaje mieć w końcu wyraźny kształt. 


Byłam rozbitkiem pośród morskich, wzburzonych fal. 

Bez mapy, brzegu czy światła latarni w oddali. 

A ty mnie tam i tak odnalazłeś jako jedyny. 

Inni patrzyli w moim kierunku- ale udawali, że mnie nie widzą. 


Jesteś dla mnie jak ogień w najzimniejszą noc.

Jesteś jak ciepły dom, gdy świat wokół tonie w śniegu.

Jesteś moją cichą pewnością, że mam jeszcze moc,

by odnaleźć swój spokojny brzeg. 


Nie wiem dokąd zaprowadzi nas ta droga,

ale nie chcę uciekać przed tym, co dyktuje mi  serce. 

Bo czasem jedna osoba i jedna rozmowa z nią,

potrafi sprawić, że serce znowu chce żyć. 


Jeżeli kiedyś zwątpisz w moje słowa,

spójrz w moje oczy- one ci wszystko powiedzą. 

Nie obiecuję, że będzie nam łatwo

ale obiecuję, że zawsze będę obok. 


08 września 2026

Wiersz ,,Ciężar, którego nie widać"

Powiedz mi skarbie dzisiaj,

Ile waży naprawdę to, czego nie chcesz pokazać. 

Czy można wiecznie nosić na barkach całe niebo,

I ciągle udawać, że jest to tylko koc?


Schowałam dzisiaj do kieszeni swoją burzę,

Nie chce by ktokolwiek zobaczył, że z niej pada.

Pytali mnie, czy wszystko dobrze

A ja uśmiechałam się na tyle długo,

Że sama uwierzyłam, że to  prawda. 


Pokaż mi swoje miejsce, które boli.

Nie chce go na siłę naprawić.

Czasem wystarczy, że ktoś usiądzie obok,

Nie powie ani słowa,

Dopóki ta cisza nie przestanie być ciężarem. 


Noszę codziennie na sobie zbroję.

Zbudowaną z kłamstw:

,,Nic mi nie jest"

,,Poradzę sobie sama"

,,Nie potrzebuję pomocy"

Każda kolejna warstwa coraz mnie przypomina ochronę,

A coraz bardziej przypomina więzienie. 


Nauczyłam się, jak mogę zniknąć

Nie wychodząc nawet z pokoju. 

Nauczyłam się siedzieć między ludźmi

A jednocześnie być od nich tak daleko. 

Nauczyłam się śmiać wtedy, gdy nawet coś boli.

Podobno o wiele łatwiej kochać kogoś,

Kto potrafi się śmiać,

Niż tego, kto potrzebuje pomocy.


A ciemną nocą wszystko znika.

Wszystkie maski spadają z hukiem na podłogę.

Zostaje tylko ja.

Ja i moje myśli, które nie chcą ucichnąć. 


Boje się, że przestanę w końcu być potrzebna.

Że moje imię wyblaknie jak tusz.

Dlatego dzisiaj marzę głośno-

o jasnych światłach,

o scenie,

o czymś wielkim.

O czymś, co pokaże mi, że jednak tu żyłam.


Ludzie ciągle patrzą ale nigdy nie widzą. 

Mówią za plecami o nas,

Ale nigdy nie pytają, co naprawdę jest pod skórą.


Jeżeli dzisiaj mnie spotkasz-

Nie pytaj mnie głupio, czy jestem silna.

Usiądź po prostu obok i posłuchaj...


Bo może pod tym całym hałasem,

Pod całą otoczką,

Jest ktoś, kto od dawna czeka na słowa:

,,Nie musisz ze wszystkim już być sama"

07 września 2026

List do bliskich

 Moi drodzy.

Nie wiem w sumie od czego mogłabym zacząć ten list. Chyba po prostu od tego, że jest mi bardzo przykro. 

Przepraszam was bardzo, za to jak się aktualnie zachowuje. Przepraszam za człowieka, nad którym depresja powoli przejmuje kontrolę. Za to, że was ranię, jednocześnie was bardzo kochając. Za to, że się ciągle od was odsuwam, zamykam w swoich czterech ścianach. Za to, że często przestaje odpowiadać, przestaję normalnie rozmawiać, a czasami  wręcz zachowuje się jakbyście byli dla mnie obcy.

Nie jesteście..

Ale boli mnie to, że moje zachowanie może wam to sugerować. 

Kiedy jest ze mną naprawdę bardzo źle, przestaję sama siebie rozumieć. Codziennie się budzę i od razu jestem zmęczona. Patrzę na was, na ludzi, których kocham i czuję, że jestem dla was ciężarem. Chciałabym normalnie porozmawiać, ale nie mam już na to siły. Chcę być obok was blisko, ale jednocześnie coraz bardziej mam ochotę uciec gdzieś daleko. Chciałabym, żeby ktoś mnie mocno przytulił, ale gdy ktokolwiek wyciąga do mnie dłoń, ja się odsuwam. 

I wiem, że dla was musi to być cholernie trudne. Możecie wręcz zastanawiac się, co wy zrobiliście źle. 

Chcę żebyście wiedzieli, że to nie jest i nigdy nie będzie wasza wina. 

Nie oddalam się, bo was nie kocham. Oddalam się, bo coraz mniej potrafię sama siebie znieść. I wtedy o wiele łatwiej jest mi uwierzyć, że wam wszystkim będzie lepiej, jeżeli po prosu zniknę z waszego życia. To jest naprawdę głupie, wiem o tym. Bo przecież zdaje sobie sprawę, że moje znikanie was też boli.

Wiem, że czekacie na jakąkolwiek wiadomość ode mnie. Wiem, że się martwicie. Wiem, że chcecie za wszelką cenę do mnie dotrzeć i nie rozumiecie dlaczego was próbuje odepchnąć, jeżeli nic złego mi nie zrobiliście. 

I was bardzo przepraszam...

Za każdą z takich chwil. Za każde ,,daj mi spokój" kiedy chciałam, żeby ktoś jednak został. Za każde mówienie, że nic mi nie jest, gdy rozpadałam się na kawałki. Za każdą wiadomość, która została bez odpowiedzi ode mnie. Za każde spotkanie, które odwołałam. Za każde słowo, które powiedziałam zbyt ostro. Za chwile, gdy moja własna złość i bezsilność uderzyły w was, chociaż nigdy nie byliście osobami, które na to zasługiwały. 

Nie chce tego usprawiedliwiać. Depresja jest wytłumaczeniem wielu rzeczy, ale wiem, że nie sprawi nagle, że wasz ból przestanie istnieć. I dlatego też chciałabym was przeprosić. 

Czasem boje się, że przyjdzie dzień, gdy będziecie mieć mnie dość. Że przestaniecie pytać i próbować. Że któregoś dnia stwierdzicie, że może faktycznie ja was nie potrzebuję skoro was tak odpycham. 

A ja was potrzebuję i to o wiele bardziej niż umiem powiedzieć. 

Potrzebuje mieć świadomość, że są ludzie, dla których jestem kimś więcej, niż własnym smutkiem, chorobą, gorszymi dniami czy rzeczami, których w sobie nienawidzę. 

Potrzebuję czuć, że ktoś jeszcze umie zobaczyć we mnie cokolwiek wartego kochania, gdy ja samą siebie nienawidzę.

Wiem, że to naprawdę dużo.

I nie chce was prosić o nieskończone pokłady cierpliwości. Nie chce, żebyście mieli poczucie, że musicie mnie ratować. Nie chce, żebyście przestali myśleć o sobie, bo ja nie umiem zadbać o samą  siebie. 

Chcę wam tylko pokazać co kryje się za moim milczeniem, chłodem, niechęcią do rozmów czy drzwiami, które nieraz przed wami zamykam. 

Po prostu jestem zmęczonym człowiekiem. Przestraszonym. Zagubionym. Takim, który nie wie jak poprosić o pomoc. 

Jeżeli więc dalej się od was odsunę, nie bierzcie tego od razu do siebie. Bo może wtedy ja nie będę umiała powiedzieć, że jest mi źle. Nie powiem, że was potrzebuję. Może wtedy będę umiała jedynie milczeć, ale pamiętajcie, że nawet to milczenie nie oznacza braku miłości do was.

Kocham was. 

Nawet wtedy, gdy sama nie umiem siebie kochać. Wtedy, gdy nie odpisuje na wiadomość. Wtedy, kiedy się złoszczę o byle głupotę. 

I boje się strasznie, że was w końcu stracę. 

Dziękuje, że byliście zawsze, nawet gdy ja nie umiałam tego przyjąć. Dziękuje za każdą próbę rozmowy ze mną, za każde pytanie czy gest, którego może nie skomentowałam, ale widziałam, że był.

Nie wiem ile jest jeszcze przede mną trudnych dni. Nie wiem ile razy będę musiała uczyć się siebie na nowo. Ale chce dalej próbować. 

Chce nauczyć się mówić, że jest mi źle, zamiast zamykać się w sobie. 

Chcę nauczyć się przyjmować miłość, zamiast ją od siebie odpychać. 

Chce nauczyć się was nie ranić, nawet wtedy, gdy sama czuje się zraniona. 

Nie obiecuję, że będzie mi łatwo ale obiecuję, że będę próbować. 

A jeżeli kiedyś zapomnę, że kogoś mam, przypomnijcie mi proszę, że nie muszę przez to wszystko przechodzić sama. 

Przepraszam za każdą chwile, gdy mój ból stał się waszym bólem. 

I dziękuje, że mimo to dalej jesteście. 

Nie wiem czy kiedykolwiek będę w stanie wam powiedzieć, ile to dla mnie znaczy. Ale próbuje. Właśnie tym listem to próbuję. 

Kocham Was. 

Naprawdę. 

06 września 2026

List ,,Nie powinnam"

 Nie wiem w sumie, po co to piszę. 

Jest koło drugiej w nocy a ja nie mogę już długo zasnąć. Chyba pierwszy raz od bardzo dawna nie mam już siły udawać, że wszystko jest okej. Że wszystko jest tak, jak było.

Jutro pewnie będę strasznie żałowałam, że to wysłałam. Pewnie przeczytam rano to po raz kolejny i pomyślę, że tym razem też mogłam po prostu milczeć. Mogłam siedzieć cicho tak, jak zawsze,

Ale o tej godzinie już nie potrafię.

Bo wiesz...

Ja chyba się w Tobie zakochałam i przeraża mnie to bardziej, niż mógłbyś sobie wyobrażać. Nie dlatego, że się tego w jakiś sposób wstydzę ale dlatego, że jesteś dla mnie zbyt ważny, żebym mogła Cię stracić. I chyba właśnie dlatego przez długi czas nic nie mówiłam. Wolałam cierpieć w samotności niż powiedzieć za dużo i zaryzykować tym, że stracimy kontakt.

A co jeżeli po tej wiadomości się wszystko zmieni? Co jeżeli przestaniesz do mnie pisać bez żadnego powodu. Co jeżeli nasze rozmowy nie będą więcej już takie same? Co jeżeli przy kolejnym spotkaniu będziesz dłużej analizował czy możesz mnie po prostu przytulić? Co jeżeli zaczniesz zważać na każde słowo? 

Boje się, że pewnego dnia staniesz się dla mnie zupełnie obcym człowiekiem. Bo już w tym momencie jesteś kimś więcej, niż powinieneś. 

Jesteś tą osobą do, której chce napisać, gdy wydarzy się coś w moim życiu. Pierwszą osobą, której chce powiedzieć o czymś dobrym, co mnie spotkało. Ale również pierwszą, której szukam kiedy jest mi naprawdę źle. 

I chyba właśnie wtedy zrozumiałam, że to nie jest już dla mnie zwykła przyjaźń. Zrozumiałam to, gdy z niecierpliwością zaczęłam czekać na Twoje wiadomości. Kiedy każde twoje ,,dobranoc" znaczyło dla mnie o wiele więcej, niż powinno. Kiedy zaczęłam czuć straszną zazdrość o ludzi, którzy mogą być blisko ciebie. 

I wiem, że to jest bardzo głupie, bo nigdy nie powinnam mieć prawa do zazdrości. Przecież jesteś wolny człowiekiem, ze swoim życiem. Masz swoje uczucia i swoje życiowe wybory. A ja nie chce być osobą, która w jakikolwiek sposób będzie próbowała Ci je odebrać. 

Nie chcę żebyś wybrał mnie, bo jest Ci mnie żal. Nie chce żebyś został i udawał, bo nie chcesz mnie zranić. Chcę tylko, żebyś wiedział, co dzieje się w moim sercu, kiedy mówię Ci, że nic mi nie jest. 

Bo prawda jest taka, że jest mi wtedy naprawdę bardzo źle. 

I zastanawiam się czasami dlaczego musiałeś być to właśnie Ty. Dlaczego Ty musiałeś się zjawić do mojego życia, jako osoba, bez której nie widzę mojej codzienności, a jednocześnie jako ktoś, kogo nie mogę pokochać tak, jak chce tego moje serce. 

Czasem mam ochotę powiedzieć Ci wprost, żebyś mnie zauważył. Nie jako przyjaciela. Nie jako człowieka, który zawsze odbierze od Ciebie telefon. Nie jako człowieka, który wysłucha Ciebie po największej kłótnie. 

Ale mnie. 

Człowieka, który siedzi późno w nocy i piszę do ciebie list, chociaż ręce mu się trzęsą aż trudno trzymać długopis. Człowieka, który już tyle razy chciał ci wprost powiedzieć, że cię kocha ale za każdym razem zamieniał te słowa w coś neutralnego, jak ,,Dbaj o siebie".

Boli mnie to, żę Ty nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak ważny dla mnie jesteś. Myślisz po prostu, że jesteś moim przyjacielem. Myślisz, że to normalne, że pamiętam o tobie każdą drobnostkę. Że pamiętam, jaką kawę najbardziej lubisz pić. Że pamiętam piosenki, które lubisz słuchać, gdy jest ci smutno. Że wiem czego się w życiu boisz ale jednocześnie wiem co sprawia, że jesteś uśmiechnięty. 

A ja pamiętam wszystko co ciebie dotyczy, bo jest to dla mnie aż tak ważne. Nawet te rzeczy, których ty już dawno nie pamiętasz. 

I wiem, że brzmi to strasznie. Może wręcz trochę obsesyjnie? Ale ja już inaczej nie umiem. Próbowałam się jakoś od Ciebie odsunąć. Naprawdę...

Mówiłam sobie, że potrzebuję nabrać dystansu. Że nie mogę być aż tak blisko. Że może jeżeli Cię długo nie zobaczę, to przestanie to aż tak boleć. Ale...wtedy tęskniłam jeszcze mocniej. 

Zrozumiałam wtedy, że problemem nie jest to, że jesteś blisko mnie. Problem jest w tym, że jesteś dokładnie tam, gdzie chciałabym żebyś zawsze był. W moim życiu.

Tylko po prostu nie w sposób, o jakim ciągle marzę. 

Nie wiem co będzie po tym liście. Może go olejesz i jutro napiszesz tak, jak zawsze? Może odpowiedz tylko, że nie wiesz co masz powiedzieć? Może powiesz, że potrzebujesz czasu na przemyślenie? A może po tym już nic nie będzie dla nas takie samo...

Ale jeżeli mam być z tobą szczera to wolę zaryzykować i powiedzieć prawdę, niż całe życie udawać, że nic nigdy nie poczułam. 

Bo ja Cię kocham. Naprawdę. Tak po prostu.

Nie wiem czy to mi kiedyś minie. Może tak.Może nauczę się po prostu żyć z tym uczuciem dalej. Może kiedyś znowu na Ciebie spojrzę i zobaczę w tobie tylko przyjaciela. Ale dzisiaj jeszcze tego nie umiem...

Dzisiaj wszyscy już śpią a ja siedzę z telefonem  w dłoni i próbuje powstrzymać łzy. W takim momencie chciałabym tylko jednego. Żebyś tutaj był. Żebyś mógł mnie przytulić. Żebyś nie musiał mówić nic. Żebyś przez chwilę pozwolił mi być słabą. 

Bo powoli mam dosyć udawania, że mnie to nie boli. I chyba tego właśnie potrzebowałam w tym najbardziej. Nie tego, żebyś też mnie pokochał. Nie tego, żebyś na drodze życia wybrał mnie. Tylko po prostu żebyś o tym wszystkim wiedział. 

Wiedział, że gdzieś obok Ciebie jest człowiek, który kocha Cię po cichu. Człowiek, który cieszy się każdym twoim szczęściem, nawet jeżeli oznacza to jego cierpienie. Człowiek, który nigdy nie chciałby Cię skrzywdzić, który nigdy nie chciałby Cię do siebie zmusić. 

Człowiek, który po prostu za bardzo Cię pokochał. 

Jeżeli po tym liście wszystko będzie wyglądało inaczej, pamiętaj tylko o jednym. Nie żałuję, że Ciebie pokochałam. Żałuję tylko, że nie mogłam cię pokochać w sposób inny, niż ten, który boli aż tak bardzo. 

Dobranoc.

I przepraszam, że dopiero teraz zdobyłam się na odwagę. Po raz pierwszy w życiu chyba, aż tak boję się jutra....


05 września 2026

Wiersz ,,Nie powinnam cię kochać"

 Nie powinnam cię nigdy kochać.

To zdanie mówię codziennie rano, zanim otworzę oczy.

Nie powinnam...


Możesz do mnie dzwonić o trzeciej nad ranem, żeby mi się zwierzyć.

Możesz powiedzieć co cię boli.

Możesz mówić o wszystkim czego się boisz. 

Możesz mówić o wszystkich osobach, które kiedyś złamały Ci serce. 

A ja cię wysłucham.

Jak zawsze. 

I nigdy Ci nie powiem, że za każdym razem, gdy mówisz o swoim sercu,

Ja musze udawać, że moje właśnie nie pęka. 


Znasz mnie dobrze.

Wiesz, kiedy zdarza mi się kłamać. 

Wiesz kiedy jestem smutna, chociaż mówię, że nie. 

Wiesz, jakiej muzyki słucham, gdy mam gorszy czas. 

Pamiętasz o mnie rzeczy, o których ja już zapomniałam. 

Znasz moje ulubione miejsca. 

Znasz mój szczery śmiech. 

Znasz moje milczenie. 

Znasz moje wszystkie najgorsze dni.

A mimo to, nadal nie znasz tej jednej rzeczy.


Nie wiesz, że gdy patrzę na ciebie,

W moich oczach mógłbyś zobaczyć wszystko, czego nie mogę ci powiedzieć. 

Nie wiesz, że twoje ,,jesteś dla mnie ważna",

Umie mnie zgnieść bardziej niż czyjeś ,,kocham cię". 

Bo ty to mówisz jako ktoś inny,

A  ja słyszę jak ktoś, kogo kocham. 


Najgorsze jest dla mnie, że jesteś tak blisko. 

Gdybyś był dalej, może byłoby trochę łatwiej.          

Gdybym nie znała twojego głosu, nie słyszałabym go, gdy jesteś szczęśliwa.

Gdybym nie dotknęła twojej dłoni, nie wiedziałabym jak bardzo chcę ją trzymać.

Gdybym przy tobie nie zasnęła, nie wiedziałabym jak bardzo chce się koło ciebie budzić. 


A ty jesteś.

Codziennie. 

Niby na wyciągnięcie ręki. 

Ale jednocześnie tak daleko. 


Czasem wyobrażam sobie, jak mówię ci prawdę.

Po prostu.

Bez drżenia głosu,

Bez żadnego strachu,

Usiadłabym po prostu obok i powiedziała: 

,,Zakochałam się w tobie, przepraszam".

Ale patrzę na ciebie i widzę, jak mi ufasz.

I po prostu nie umiem.


Boję się, że po tych słowach nigdy nie spojrzysz na mnie tak samo.

Boje się, że naszych wiadomości będzie mniej. 

Że nasze spotkania będą niezręczne.

Że pewnego dnia nie usłyszę: 

,,Zadzwoń, gdy będziesz potrzebowała"

Usłyszę:

,,Może powinniśmy od siebie odpocząć?"


A ja nie wiem co już jest gorsze.

Żyć i nigdy Ci nie powiedzieć. 

Czy żyć z tym, że powiedziałam i cię straciłam.


Więc po prostu milczę i to moje największe wyzwanie.

Milczę, gdy mówisz o kimś, kto ci się podoba. 

Mówię, że się cieszę i naprawdę się cieszę.

Bo chcę, żebyś był szczęśliwy. 

Nawet jeżeli twoje szczęście nie znajduje się we mnie. 

Słucham, jak o niej mówisz.

O jej uśmiechu. 

O tym, że przy niej czujesz się inaczej. 

A ja siedzę obok i po prostu po cichu umieram.

Mówię Ci, żebyś próbował.

Że może warto ryzykować.

Że nie możesz się bać. 


Ale kiedy wracam do domu, zazdroszczę jej.

Zazdroszczę każdego twojego spojrzenia. 

Każdego ,,dobranoc". 

Każdego dotyku, którego chciałabym poczuć. 


Nie jestem zazdrosna o to, że ją kochasz. 

Jestem zazdrosna, że możesz ją kochać bez poczucia winy. 

Że możesz jej napisać ,,tęsknie" i nie myśleć, czy przekroczyłeś granicę. 

Że możesz ją przytulić bez udawania, że to nic nie znaczy. 

Że możesz spojrzeć na nią, tak jak ja patrzę na ciebie. 

I tego jej zazdroszczę najbardziej. 

Zazdroszczę prawa do kochania cię. 


Czasem myślę, że może coś zauważyłeś. 

Może zauważyłeś, że długo na ciebie patrzę. 

Może usłyszałeś, jak zmienia się mój głos, gdy mówię twoje imię. 

Może zrozumiałeś dlaczego zawsze zostaje dłużej. 

Dlatego, że nie chce kończyć rozmowy.

Dlaczego, że pamiętam najmniejszy szczegół z twojej opowieści. 


Może już to wiesz.

A jeśli wiesz, udawaj, że nie. 

Bo nie wiem czy chciałabym znosić twoją litość. 

Nie chce żebyś pokochał mnie, bo jest ci mnie żal. 

Nie chcę być twoim ,,może". 

Nie chce być ,,prawie".

Chce być wybrana przez ciebie, 

Ale nie mogę tego żądać. 


Pamiętam, jak przy mnie zasnąłeś. 

Niby nic wielkiego. 

Zwykły, spokojny wieczór. 

Twój spokojny oddech.

I świat choć przez chwilę był taki, jakiego pragnęłam.

Nie ruszałam się. 

Bałam się, że najmniejszy ruch sprawi, że sen się skończy. 

Popatrzyłam na ciebie, myśląc, że mogłabym tak zostać na zawsze. 

A potem uświadomiłam sobie, że gdy się obudzisz, wciąż nie będę dla ciebie kimś więcej. 

Siedziałam nieruchomo pozwalając by serce cieszyło się tym, czego nie mogło mieć. 


To chyba jest najbardziej bolesne. 

Nie to, że nie mogę cię pocałować.

Nie to, że nie powiem ,,kocham cię".

Najbardziej boli świadomość, że możemy iść przez życie razem,

Ale nigdy nie będę mogła cię nazwać ,,moim".


Będę tą do której dzwonisz.

Tą, która zna twoje sekrety.

Tą, która odbierze telefon niezależnie od godziny.

Tą, która zostanie obok, gdy inni odejdą.

I może dlatego będę cierpieć najbardziej. 

Bo będę cię miała w swoim życiu,

Ale nigdy w swoim sercu, tak jakbym chciała. 


A jeżeli kiedyś spytasz: ,,Dlaczego jesteś sama?".

Uśmiechnę się lekko.

Powiem ,,Nie spotkałam właściwej osoby". 

I spojrzę na ciebie czekając aż zrozumiesz.

Ale pewnie nie zrozumiesz.

Bo dla ciebie jestem tylko kimś zwyczajnym.

A tacy ludzie nie patrzą na siebie w ten sposób.

Nie czekają na wiadomośc przez całą noc.

Nie pamiętają każdego dotyku. 

Nie wracają do rozmów sprzed miesięcy.

Nie marzą o wspólnym domu.

Nie wyobrażają sobie jak mogłaby wyglądać przyszłość, gdyby któreś powiedziało: 

,,jesteś miłością mojego życia". 


A ja to wszystko robię.

W całkowitej ciszy.

Bez prawa do pretensji.

Bez prawa do najmniejszej zazdrości.

Bez prawa do pytań ,,Dlaczego nie ja?".

Przecież nigdy nie obiecałeś mi niczego.

To ja pokochałam cię bez pozwolenia. 

To ja zbudowałam sobie niepotrzebną nadzieję. 

To ja nadałam znaczenie twoim spojrzeniom.

Znaczenie twoim wiadomościm.

Twoim uściskom.

Twojemu ,,Dobrze, że cię mam".


I dlatego nie mogę mieć do ciebie żalu.

Ty nic mi nie odebrałeś. 

To ja sobie wyobraziłam, że kiedyś mógłbyś mi coś dać.


Wiesz czego się boje najbardziej?

Że któregoś dnia przestaniesz mnie potrzebować. 

Poznasz kogoś i pokochasz ją. 

Zamieszkacie razem i będziecie planować przyszłość.

A ja będę siedziała na waszym ślubie, uśmiechając się przez łzy.

Będę świadkiem waszego szczęścia. 


Może kiedyś powiesz ,,Dziękuje, że zawsze byłaś obok".

Będę chciała wtedy odpowiedzieć ,,Byłam, bo kochałam cię bardziej niż wolno".

Ale odpowiem tylko ,,Zawsze będę".

A potem wrócę do domu i położę się w ciszę. 

I pierwszy raz pozwolę sobie płakać z rzeczy, których nigdy nie mieliśmy. 


Może kiedyś miłość do ciebie mi minie.

Może któregoś ranka po obudzeniu, twoje imię nie wywoła we mnie przyśpieszonego pulsu. 

Może zobaczę cię z kimś innym i mnie to nie zaboli.

Może.

Dzisiaj jeszcze nie.

Dzisiaj wciąż szukam cię wzrokiem.

Dzisiaj wciąż czekam na twoje wiadomości. 

Dzisiaj nadal chcę cię dłużej przytulić na pożegnanie. 




04 września 2026

Wiersz ,,Między ,,nie wolno" a ,,kocham""

 Spotkaliśmy się tam, gdzie drogi się skończyły. 

Zaczęły się za to pytania, na które nikt nie powinien szukać odpowiedzi. 


Ty- po jednej stronie ścieżki.

Ja- po drugiej stronie. 

I tylko ciemna noc, która nie znała granic, 

Jakie postawili pomiędzy nami ludzie. 


Mówili: nie wolno.

Niby takie proste zdanie, a ważyło tyle co kamień,

Rzucony prosto w środek serca. 


Nie wolno patrzeć za długo.

Nie wolno tęsknić za mocno. 

Nie wolno czekać na coś czego nie ma. 

Nie wolno śnić o ukochanych dłoniach, bo nie można ich trzymać. 

Nie wolno mówić twego imienia, gdy światu udaje, że go nie znam.


Więc nauczyłam się zatem milczeć. 


Milczeć, gdy byłeś obok a powietrze stawało się ciężkie. 

Milczeć, gdy twój uśmiech sprawiał, że życie wydawało się możliwe. 

Milczeć, gdy serce rwało się by powiedzieć ,,zostań". 

Mówiłam wtedy ,,dobranoc". 


Troche śmieszne ile można ukryć w jednym słowie. 

Ile można pochować w jednym uśmiechu. 

Ile razy można iść dalej zanim człowiek zrozumie, 

Że za każdym razem zostawiał za sobą kawałek serca. 


Pamiętam ten jeden wieczór. 

Wieczór, gdy spojrzałeś na mnie jakbyś już wiedział.

Nie pytałeś wtedy o nic. 

Ja też milczałam. 

Bo są pytania, które boją się odpowiedzi. 

Są pytania, które wolą ciszę. 


Stałeś blisko mnie choć nie powinieneś. 

A ja myślałam, że jeżeli nie wykonam nawet małego ruchu, 

Że jeżeli będę cicho jak mysz, 

Że jeżeli nie wypowiem żadnego słowa, 

To może moje serce nie zdradzi tajemnicy, którą w sobie chowa. 


Ale moje serce nigdy dobrze nie kłamało.

Zdradzało mnie w każdym niewinnym spojrzeniu.

W każdym drżeniu rąk. 

W każdym niby przypadkowym spotkaniu. 

W każdej nocy, gdy zamiast snu przynosiło twoje imię. 


Czasem myślę, czy miłość rodzi się tylko wtedy,

Kiedy dwoje ludzi ma prawo do siebie. 

Czy wtedy, gdy tego prawa w ogóle nie mają? 


Miłość nie pyta o pozwolenie. 

Nie zna żadnego regulaminu czy kodeksu. 

Nie zna żadnego znaku ostrzegawczego. 

Nie zatrzymuje się, gdy widzi na drzwiach napis ,,Nie wchodzić".


Ona po prostu przychodzi.

Siada obok.

Kładzie spokojnie głowę na ramieniu.

I mówi ,,Spróbuj się mnie pozbyć".


A ty próbujesz. 

Cały czas próbujesz. 

Odwracasz szybko wzrok.

Zmieniasz drogę, którą idziesz. 

Przestajesz pisać dużo.

Udajesz obojętność. 

Wmawiasz sobie, że kolejnego dnia będzie łatwiej. 

I nawet przez chwilę udaje ci się w to uwierzyć. 


A później nadchodzi późna noc. 

I wszystko wraca z powrotem. 


Byłeś moim sekretem. 

Tym najpiękniejszym i jednocześnie najbardziej bolesnym.

Sekretem, który nosiłam głęboko pod skórą, jak tatuaż. 

Nikt go nie widział, ale bolał przy każdym dotyku przez wspomnienia. 


Czasem chciałam wykrzyczeć na cały świat, że cię kocham.

Nie dlatego, że oczekiwałam cudu. 

Nie dlatego, że miałam nadzieję, że drzwi do twojego serca się otworzą. 

Chciałam tylko ten jeden raz po prostu nie udawać. 


Raz spojrzeć głęboko w twoje oczy,

I nie bać się, że ktoś zobaczy to, co od dawna w nich skrywałam.

Ale odwagi zawsze miałam tylko na marzenia. 


Więc kochałam cię po cichu.

Tak cicho, jak trawa, która rośnie gdzieś pod śniegiem.

Tak cicho, jak światło księżyca, które przesuwa się po niebie. 

Tak cicho, jak człowiek mówi do kogoś, kto już odchodzi. 


Kochałam cię w miejscach, gdzie cię nigdy nie było.

W pustym krześle, na którym nie siedziałeś.

W zapachu letniego deszczu. 

W piosenkach.

W niedzielnych porankach, gdy słońce wpadało do pokoju,

I przez krótką chwilę wierzyłam, że nie ma żadnych zakazów. 


Kochałam cię w każdym ,,może" 

Bo ,,może" było tym domem, który mogliśmy mieć. 


Pamiętasz tę noc? 

Ja ją pamiętam. 

Zatrzymała się ona dla mnie na zawsze. 

Padał wtedy deszcz. 

Miasto było praktycznie puste. 

Latarnie oświetlały na złoto mokry chodnik.

Stałeś tam przede mną i przez chwile nie istniało słowo ,,nie wolno"


Nie było oczekiwań innych.

Nie było żadnego strachu. 

Nie było nadchodzącego jutra. 

Byliśmy tam tylko my.


Dwoje ludzi, którzy zbyt późno się znaleźli.

Albo zbyt wcześnie urodzili się w złym miejscu. 


Spojrzałeś na mnie. 

Ja spojrzałam na ciebie. 

I niby nic się nie wydarzyło.

A jednak wydarzyło się coś wielkiego. 


Czasem jeden oddech umie pokazać więcej niż tysiąc słów. 

Czasem dłoń, która jest na odległość, jest najczulszym dotykiem.

Czasem miłość jest właśnie tym ,,prawie". 


Kolejnego dnia znowu byliśmy jak obcy.

Jak okrutnie szybko człowiek może założyć maskę. 

Uśmiechnąłeś się, jak ktoś, kto nie czuje nic. 

Odpowiedziałam Ci tym samym.

I poszliśmy po prostu dalej.

Ty w swoją stronę. 

Ja w swoją. 


A pomiędzy nami wciąż wisiało to spojrzenie,

którego żadne z nas nie miało odwagi nazwać. 


Minęły długie miesiące.

A może minęły już lata.

Nie wiem,

W takich historiach czas płynie inaczej. 

Niektóre dni są jak  wieczność,

Niektóre lata przemykają w ciągu sekundy. 


Nauczyłam się żyć. 

Naprawdę.

Śmiałam się. 

Poznawałam nowych ludzi. 

Budowałam nowe dni z rzeczy, w których ciebie nie ma. 

A jednak nadal czasem w obcych twarzach szukałam twojej. 

Chyba nieświadomie. 

Jak człowiek, który dawno temu coś zgubił,

Ale wciąż z nadzieją patrzy pod nogi czy to znajdzie. 


Może to jest przekleństwo zakazanej miłości. 

Nie to, że nie można być razem. 

Ale to, że nawet gdy człowiek odejdzie,

Jakaś jego część wciąż zostaje tam, gdzie nigdy nie powinna zostać. 

W ostatnim spojrzeniu.

W niewypowiedzianych słowach.

W pocałunku, którego nigdy nie było.

W przyszłości, która nie miała szans stać się przeszłością. 


Gdyby czas mógł zostać cofnięty,

Czy zrobiłabym coś inaczej?

Nie wiem tego.

Może miałabym odwagę powiedzieć prawdę.

Może pobiegłabym za tobą.

Może zatrzymałabym cię, gdy odchodziłeś.

A może znowu stałabym nieruchomo, bo niektóre zakazy są silniejsze niż ja. 


Ale jedno dzisiaj wiem:

Nie żałuję, że cię pokochałam. 

Żałuję, że świat nie dał nam zobaczyć, gdzie zaprowadzi nas miłość. 


Dzisiaj już nie pytam czy mogłeś być mój.

Nie pytam czy mogłam być twoja. 

To są pytania, które nie chcą odpowiedzi. 

Wystarczy, że one kiedyś były. 

Wystarczy, że chwilowo dwa samotne serca, przestały być same.

Wystarczy, że byłeś obok.

Że patrzyłeś na mnie. 

Że czasem twoje milczenie brzmiało jak wyznanie. 


Jeżeli kiedyś los połączy nasze drogi.

Nie mów mi, że czegoś żałujesz. 

Nie pytaj co by było, gdybyśmy mieli odwagę. 

Nie otwieraj drzwi z napisem ,,może".

Po prostu wtedy stań i spójrz na mnie. 

Ja spojrzę na ciebie. 

I przez tą jedną sekundę pozwól nam zapomnieć, że kiedyś powiedziano: 

,,Nie wolno".

Bo miłośc nie zawsze musi mieć zakończenie. 

Czasem starczy, że znalazła dom w czyimś sercu.

Nawet jeżeli musiała się tam ukrywać. 

Nawet jeżeli całe życie była tylko szeptem wypowiadanym w nocy. 


I może dlatego będę ciebie pamiętać długo. 

I nie jako człowieka, którego straciłam.

Ale jako człowieka, którego nigdy nie mogłam mieć. 


Są miłości, które kończą się rozstaniem.

Są takie, które kończą się zdradą. 

Są takie, które po prostu z czasem umierają. 

A nasza- nasza nigdy się nie skończyła. 

Została zawieszona pomiędzy spojrzeniami.

Między ,,powinieneś iść" a ,,zostań".

Między tym co naprawdę wolno, a tym co czuje serce. 


I jeżeli ktoś kiedyś spyta czy cię kiedyś kochałam.

Nie odpowiem na to. 

Uśmiechnę się tylko.

Bo nie każda prawda musi być wypowiedziana. 

Niektóre widać w oczach nawet po kilku latach.

A ty zawsze będziesz tą jedną prawdą.

Prawdą, której nie wolno było mi kochać,

A którą pokochałam najbardziej. 


03 września 2026

Wiersz ,,Ciężar"

Czasem życie waży więcej,

 niż człowiek może dźwigać. 

Siada bez pytania na barki

I zachowuje się, jakby tam  było jego miejsce. 


O świcie otwieram oczy,

I nadal staram się nie myśleć, 

Że znowu trzeba ,,być"


Ale w jednej chwili wszystko uderza


Jasne ściany.

Budzik na telefonie.

Tykający zegar

Myśli, które urosły przez noc.


Idę przez cały dzień,

Niosąc w kieszeniach ciszę.


Ludzie mijają mnie w pośpiechu.

Pytają ,,co tam"

A ja odpowiadam, że dobrze. 


Tak jakby to słowo,

mogło zakleić pęknięcia na sercu. 


Umiem uśmiechać się, gdy trzeba. 

Umiem mówić, że jestem zmęczona,

Gdy w sumie nie wiem czy jest odpoczynek. 


Bo śpię całą noc,

Ale nadal budzę się zmęczona.

Zmęczona życiem. 


Mogę siedzieć wśród bliskich,

I czuć się samotniej niż w pustym pokoju. 


Mogę mieć czyjeś dłonie tuż obok,

I tak nie umieć powiedzieć ,,Zostań"


Bo najgorsza samotność,

Nie zawsze oznacza pusty pokój.


Czasem ma czyjąś twarz.

Czyjś głos. 

Czyjeś ,,jestem tu"


Ale mimo to człowiek nie wie,

Czy ktokolwiek jest w stanie zrozumieć to, 

czego nie mówi na głos.


W środku serca hałas

A na zewnątrz głucha cisza. 


Może dlatego tak trudno powiedzieć, że boli? 

Bo jak opisać ból, który nie ma koloru?

Jak pokazać bolące miejsce, gdy nie da się go dotknąć?

Jak powiedzieć ,,nie daje rady",

Gdy tyle lat musiałam dawać? 


Dalej niosę siebie samą.

Dzień po dniu.

Jak walizkę, której nikt na chwile nie chce wziąć. 


Marzy mi się choć jeden poranek.

Taki, gdy nie będę musiała udawać. 

Nie będę musiała być silna.

Nie będę musiała mieć uśmiechu na twarzy. 

Nie będę musiała wiedzieć nic.


Chciałabym usiąść obok kogoś,

kto nie zapyta ,,czemu taka jestem"

A powiem:

,,Wiem, że jest ci ciężko"

I po prostu zostanie. 

Bez zbędnych rad.

Bez wielkich słów.

Bez głupich obietnic.


Po prostu będzie obok. 

Człowiek nie zawsze potrzebuje, 

aby ktoś naprawił jego życie. 

Czasem potrzebuje poczucia, 

że nie jest sam. 


Jeżeli widzisz kogoś, kto milczy zbyt długo,

Nie myśl, że nie ma on nic do powiedzenia.

Może właśnie wtedy krzyczy najgłośniej. 


Jeżeli kiedyś, to będę właśnie ja...

Po prostu usiądź obok.


Nie pytaj czy wytrzymam. 

Przypomnij mi, że nie muszę tego wiedzieć.

Że mogę iść powoli. 

Że mogę upaść.

Że mogę się zatrzymać. 

Że mogę płakać. 

Że mogę nie mieć siły. 

I że najcięższy dzień nie jest wciąż całym życiem.


Bo życie czasem jest ciężarem,

Ale może nie muszę nosić go sama. 

Może gdzieś między jednym a drugim oddechem,

Jest miejsce na kolejne jutro. 

Małe.

Niepewne.

Praktycznie niewidoczne.

Ale jest.


I to na razie wystarczy...

02 września 2026

Artystyczny list do depresji

 Droga depresjo.

Dosyć długo nie wiedziałam, jak mam się do ciebie zwracać. ,,Ty" wydawało mi się zbyt bliskie, zbyt intymne jak na rzecz, której nigdy nie chciałabym mieć w swoim życiu. Jednak ,,ona" brzmiało tak, jakbym próbowała ukryć, że nie jesteś mi bliska. A niestety przez tak długi czas poznałaś mnie lepiej niż ktokolwiek. 

Poznałaś doskonale moje poranki.

Te, gdy otwarcie oczu wydawało się decyzją wymagającą więcej siły niż kiedykolwiek miałam. Te, gdy świat już dawno pędził własnym życiem a ja dalej gniłam w łóżku, leżąc nieruchomo i patrząc bez celu w sufit. Często wtedy odliczałam już godziny do wieczora. 

Poznałaś również moje noce. Zwłaszcza te najgorsze. 

Nocy, gdy wszyscy spali a moje myśli zaczynały być głośniejsze niż cały świat wokół. Kiedy jedna najmniejsza rzecz potrafiła urosnąć do ogromnych rozmiarów. Kiedy wszystkie bolesne wspomnienia wracały nagle jak bumerang. Kiedy każde ,,a co gdyby..." potrafiło rozciągać się godzinami. 

Poznałaś mój własny pokój. Moje łóżko. Moje wszystkie łzy, o których nikt inny nie wiedział. Znałaś nawet ten szczególny rodzaj ciszy, kiedy człowiek nie umie już płakać. Nie dlatego, że przestał być smutny, ale dlatego, że nie ma czym już płakać. 

I to chyba w tobie najbardziej nienawidzę, wiesz? To, że nauczyłaś mnie udawać wszystko tak perfekcyjnie. Nauczyłaś mnie mówić, że jest okej, gdy wszystko wewnątrz mnie krzyczało o pomoc. Nauczyłaś mnie kiedy muszę się uśmiechać. Kiedy mam zaśmiać się, bo akurat padł jakiś żart lub zabawne stwierdzenie. Nauczyłaś, jak pisać ,,hahaha", gdy patrzyłam pusto w ekran i nie czułam zupełnie nic. 

Ludzie się ciągle pytali ,,Co się z Tobą dzieje?". A ja mówiłam, że przecież nic. 

No bo, jak miałam wytłumaczyć komuś pustkę, która we mnie żyje? Jak miałam opowiedzieć o bólu, który nie ma konkretnej lokalizacji? Przecież nie bolała mnie ręka, noga czy brzuch. Nie mogłam więc wskazać palcem i powiedzieć ,,tutaj".

Ty byłaś wszędzie. W całej mojej głowie. W calutkim moim ciele. W sposobie, w jaki widziałam od kilku lat świat. W sposobie, w jaki patrzyłam bez nadziei na przyszłość. 

Sprawiłaś, że wszystkie normalne, małe rzeczy, zaczęły mieć ogromny ciężar. Wstawanie, mycie się, jedzenie, odpisanie na kilka wiadomości. Nie mówiąc już o wyjściu z domu czy porozmawianiu ze znajomymi. Nawet, gdy miałam zrobić coś, co zajęło pięć minut, ode mnie wymagało siły, jak na zadanie trwające kilka godzin. 

I wiesz co? 

Przez tyle czasu myślałam, że to tylko moja wina. Że jestem po prostu leniwa. Że jestem zbyt słaba. Zbyt niewdzięczna za to co mam. Że inni przecież potrafią żyć normalnie, więc dlaczego ja nie mogę?

Patrzyłam na ludzi dookoła i widziałam, jak spokojnie idą przez życie. Śmieją się do siebie, planują przyszłość, zakochują się, podróżują w ulubione miejsca, budują po prostu powoli swoje jutro. 

Tymczasem ja nie potrafiłam wyobrazić sobie kolejnego dnia, a co mówić tygodnia. I przez to zaczęłam wstydzić się własnego istnienia. 

To można powiedzieć, że był twój największy sukces. Nie to, że sprawiałaś mi codziennie ból ale to, że przekonałaś mnie, że ja na ten ból zasługuję. Że to ja jestem największym problemem. Że wszystkim byłoby łatwiej jeżelibym nie istniała. Że mnie można łatwo zastąpić inną osobą. Że moja obecność nie robi nikomu żadnej różnicy. 

Powtarzałaś mi to wszystko codziennie. Powtarzałaś tak długo, aż zaczęło to brzmieć jak moje własne myśli. I prawie Ci w to wszystko już uwierzyłam.

Prawie...

Ale dzisiaj piszę do Ciebie z jednego, ważnego powodu. Już więcej nie chce być twoim domem. Nie wiem jeszcze jak cię z niego wyrzucę, nie wiem ile czasu mi to może zająć. Nie wiem ile będzie prób, ile razy będę zaczynała od początku. Pewnie będą dni, gdy znowu do mnie wrócisz i pewnie pojawią się niespodziewanie, gdy usiądziesz obok i spróbujesz mi wmówić, że nic kompletnie się u mnie nie zmieniło. 

Może znowu wrócisz jako głos w mojej głowie. Ale tym razem będę już wiedziała, że to nie jestem ja. Bo nie ja myślę o sobie źle w momencie, gdy mam zły dzień. Nie ja jestem pustką, którą czuje. Nie ja powoduje sama u siebie łzy. Nie ja jestem nocami, których nie umiem wciąż przespać. Nie jestem tym wszystkim, co mi w życiu kiedyś nie wyszło. Nie jestem chwilami, gdy chciałam zapaść się pod ziemię i zniknąć. 

Ja jestem momentami, gdy mimo wszystko wstałam. Jestem wiadomością, na którą udało mi się odpowiedzieć. Jestem śmiechem, który się ze mnie wymknął, gdy coś faktycznie mnie rozweseliło. Jestem kubkiem kawy, który udało mi się wypić rano. Spacerem, na który poszłam chociaż nie miałam ochoty ruszać się z domu. Jestem muzyką, która pozwoliła mi chociaż na chwilę zapomnieć o bólu. Jestem przede wszystkim tymi małymi rzeczami, które udało mi się zrobić, kiedy nikt nie patrzył. 

I może to właśnie dzięki tobie jestem silniejsza, niż mogłabym myśleć. 

Bo nadal tutaj jestem. Chociaż nie zawsze piękna, nie zawsze silna, nie zawsze pewna czegokolwiek. Ale wciąż jestem i nie przeproszę cię za to, że przetrwałam. Nie będę też romantyzować tego, co mi zrobiłaś. Bo nie byłaś poezją, nie byłaś głębią, nie byłaś czymś tajemniczym, co sprawiło, że stałam się bardziej interesująca. 

Byłaś chorobą, bólem i ciężarem. Czymś, z czym nigdy nie powinnam zostać sama. I dzisiaj już wiem, że poproszenie o pomoc nie jest porażką. Powiedzenie ,,nie daje sobie rady" nie sprawi, że będę słaba. I czasami największym aktem odwagi nie jest sama walka a powiedzenie komuś ,,prosze zostań ze mną". 

Mam nadzieję że teraz zobaczysz we mnie kogoś innego. Może nadal przestraszonego, może zbyt zmęczonego, może z bliznami, których nie widać. Ale już nie samotną. Będę miała kogoś obok. I przede wszystkim będę miała własny głos. Ten, który ty próbowałaś nieudolnie zagłuszyć. Ale tym razem powiem Ci ,,nie". 

Nie jestem bezwartościowa. Nie jestem ciężarem. Nie jestem złą wersją siebie. Nie muszę być szczęśliwa każdego dnia, żeby to życie miało sens. I przede wszystkim nie muszę już dzisiaj wiedzieć, jak będzie wyglądało całe moje dalsze życie. 

Wystarczy, że będę wiedzieć, co zrobię dzisiaj. Dzisiaj  zostanę, Jutro się okaże. A jeżeli jutro okaże się zbyt trudne to poczekam do nocy. A gdy noc będzie za długa, poczekam do rana. 

Krok po kroku. Oddech po oddechu. Dzień po dniu. 

Nie mogę obiecać, że nigdy już nie będę smutna. Nie mogę obiecać, że nigdy już nie upadnę na kolana. Nawet nie mogę obiecać, że nigdy nie będę się bać. Ale obiecuję, że nie pomylę bólu z prawdą. Bo to, że coś boli, nie znaczy że zostanie już na zawsze. To że dzisiaj nie dostrzegam światła, nie znaczy, że jego faktycznie nie ma. 

Więc do zobaczenia depresjo. Na razie tylko tak, bo wiem, że są pożegnania, które potrzebują czasu. Ale tym razem ja wybieram kierunek, gdzie dalej idę. Możesz iść za mną. Możesz spróbować mnie zatrzymać. Możesz znowu szeptać mi do ucha rzeczy, które kiedyś uważałam za prawdę. Ale ja dalej będę szła. Może powoli, może chwiejnym krokiem, może czasem ze łzami ale ciągle do przodu. 

I któregoś dnia spojrzę za siebie ale ciebie już tam nie będzie. Będę tylko ja. Ta, której długo nie umiałam uratować. Przytulę ją i przeproszę, że tyle czasu wierzyłam, że była problemem. Podziękuje, że została i powiem, że nie musi walczyć sama. 

A później pojdziemy. 

Razem. 

Już bez Ciebie

01 września 2026

Opowiadanie ,,Serce skute lodem" wersja 2

Mówiono już, że świat umiera. Ale nie w sposób, w jaki umierają ludzie. 

Nie było żadnej wojny, która mogłaby pochłaniać miasta. Nie było żadnej zarazy, która mogłaby pustoszyć całe krainy. Niebo nie spadło na ziemię a morza nie zalały lądów. 

Świat po prostu zaczął powoli cichnąć. 

Najpierw zaczął znikać śmiech. Później czułość. Ludzie przestali za sobą tęsknić, przestali czekać na swoich bliskich. Przestali całkowicie kochać. 

Małżonkowie budzili się rano i patrzyli na siebie, jak na zupełnie obcych. Rodzice opiekowali się swoimi dziećmi ale bez choćby grama rodzicielskiego ciepła. Przyjaciele rozchodzili się bez żadnego żalu. 

Nikt nie wiedział dlaczego. 

Nikt poza jedną kobietą- starą wiedźmą, która mieszkała w zamku ukrytym gdzieś między górami. Właśnie tam, w najgłębszej komnacie, była przykuta do kamiennej posadzki dziewczyna o rudych włosach. Miała na imię Lusia i nie była świadoma, że całe ludzie serce świata bije właśnie w jej piersi. 

Zwłaszcza, że jej własne serce od dawna nie znajdowało się w ciele. Stało w gablocie na czarnej kolumnie. Całe skute lodem i z każdym dniem zamarzało coraz bardziej. 

Lusia całkowicie przestała liczyć dni. Z początku jeszcze próbowała. 

Wyryła pierwszą kreskę w kamiennej ścianie. Potem drugą, trzecią...Ale po pewnym czasie już przestała. 

Nie wiedziała, więc ile miesięcy minęło. Może rok a może już dziesięć lat. 

Do zamku nie wpadał choćby promień słońca. Jedynym źródłem światła były pochodnie, które nigdy nie gasły. 

Nie było tu też ani zegarów ani niczego, co mogłoby pokazywać upływający czas. Wiedźma nie chciała, żeby Lusia wiedziała, jak długo jest tu więziona. 

*

Dziewczyna siedziała na zimnej posadzce, opierając plecy o kamienną ścianę. Jej rude włosy były całkowicie potargane. Na nadgarstkach miała ślady od łańcuchów. Próbowała mocniej się poruszyć, ale metal zabrzęczał

-Nawet nie próbuj- odezwał się głos

Lusia podniosła wzrok do góry. Przy wejściu do komnaty zobaczyła wiedźmę. Stała tam w długiej, czarnej sukni. Jej srebrne włosy spływały aż do samej ziemi. 

-Czego chcesz?- zapytała Lusia.

-Niczego

-Więc odejdź ode mnie

-Nadal jesteś uparta- wiedźma uśmiechnęła się

-A ty nadal walnięta- odparła ostro Lusia

Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy kobiety

-Uważaj sobie- warknęła do dziewczyny

Lusia spojrzała na nią z dosyć mocną pogardą

-A co? Zabijesz mnie?

Wiedźma podeszła do czarnej  kolumny i położyła dłoń na lodzie otaczającym serce.

-Niestety nie mogę- powiedziała z udawanym smutkiem

-Dlaczego?

-Bo nie chce żebyś umarła

Lusia skierowała wzrok w kierunku swojego serca

-Więc dlaczego mi je zabrałaś?- zapytała

Wiedźma milczała dłuższą chwilę, nie wykonując żadnego ruchu

-Odpowiedz!- krzyknęła Lusia a głos rozbił się pomiędzy ścianami

- Bo jesteś niebezpieczna

Dziewczyna zaśmiała się gorzko

-Ja? Niebezpieczna?

-Tak

-Jakbyś nie zauważyła jestem przykuta do podłogi- powiedziała sarkastycznie Lusia

-Ale mimo to cały świat cię zaczyna szukać

Lusia zmarszczyła brwi zdziwiona

-Co?

Wiedźma odwróciła się do dziewczyny 

-Jeszcze tego nie rozumiesz- powiedziała 

-Ale czego? 

-Twoje serce nie jest zwykłym sercem, jak u innych ludzi 

Lusia poczuła jak jej serce przeszywa nieprzyjemny chłód 

- Co masz dokładnie na myśli? 

-Gdy kochasz ty, kocha też cały świat- wiedźma dotknęła lodu- A gdy twoje serce cierpi- Lód rozjarzył się błękitnym światłem- Cierpi również cały świat 

Lusia zamilkła zamyślona. Wiedźma uśmiechnęła się

-Dlatego właśnie musisz pozostać sama 

*

Lusia dokładnie pamiętała swoje dzieciństwo. To było w tym wszystkim najdziwniejsze. Wiedźma mogła zabrać jej całe serce, mogła zabrać wolność i mogła nawet zamknąć ją w zamku, ale nie mogła odebrać jej wspomnień.

Pamiętała dokładnie dom- mały, drewniany budynek stojący na skraju lasu. Pamiętała zapach pieczonego chleba. Pamiętała śmiech swojej matki. Pamiętała ojca, który ukrywał płacz zmartwienia, kiedy jako dziecko wracała zbyt późno do domu. Pamiętała przyjaciół ale również ten pierwszy raz, gdy zobaczyła Jamesa. Miała wtedy siedemnaście lat a on dziewiętnaście. Stał pod drzewem i próbował naprawić coś, co wyglądało jak kusza. 

- Zepsułeś ją?- zapytała Lusia 

James podniósł głowę do góry. Miał brązowe włosy i zielone oczy. I zdecydowanie za dużo pewności siebie

-Nie zepsułem- odpowiedział

- Ale nie działa 

- To chwilowe

-Nie działa już od rana 

-Tym bardziej jest to chwilowe

Lusia przewróciła teatralnie oczami. 

-Jesteś beznadziejny- powiedziała 

-A ty za bardzo wścibska- James nie pozostawał jej dłużny 

-Jestem Lusia

-jestem James

I właśnie mniej więcej tak zaczęła się ich relacja. Nie wielką przygodą. Nie jakimś przeznaczeniem. Nie magicznym zaklęciem. Po prostu sprzeczką dwójki młodych ludzi, którzy z czasem stali się przyjaciółmi.

Najlepszymi przyjaciółmi. 

James zawsze potrafił ją rozśmieszyć do łez a ona zawsze potrafiła wyciągnąć go z kłopotów. 

Ale kilka lat później James wstąpił do wojska. Obiecał jej, że wróci niedługo

-Obiecujesz?- zapytała 

- Obiecuję- powiedział pewnie 

-Nawet jeżeli będzie wojna? 

-Nawet wtedy

-A jeżeli będziesz naprawdę daleko? 

-Wtedy również wrócę 

-A co jeżeli zostaniesz ranny?

-Wtedy będę wracać jeszcze szybciej

Lusia głośno roześmiała się. Tak bardzo w to wierzyła

-Głupek- powiedziała radośnie

-Ale twój głupek- James przyciągnął ją do siebie 

Oboje wtedy nie wiedzieli, że rozłąka będzie trwała dłużej, niż mogliby przypuszczać. 

*

Drzwi do komnaty otworzyły się z głośnym dźwiękiem. Lusia natychmiast podniosła głowę, wiedząc co się szykuje.

Kolejny człowiek. Kolejna próba uwolnienia jej. Kolejne głupie rozczarowanie. 

Tym razem jednak coś od początku było inaczej. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna w wojskowym mundurze. W świetle pochodni odznaczały się jego brązowe włosy i lekki zarost nadający poważności. Widać było, że ma zmęczoną i wyczerpaną twarz. 

Lusia na moment wstrzymała oddech. Mężczyzna zatrzymał się kilka metrów od niej i na nią spojrzał

-Lusia? To ty?

Dziewczyna poczuła jakby cały świat zatrzymał się na chwilę

-James?

-Cześć- mężczyzna uśmiechnął się aż pojawiły się iskierki w jego zielonych oczach

-Nie...

-To chyba nie jest najlepsze powitanie- zdziwił się

-Nie powinno ciebie tutaj być

James zrobił krok do przodu a całe pole magnetyczne zadrżało

-Stój!- krzyknęła dziewczyna a mężczyzna od razu stanął

-Dlaczego?

-Bo cię odrzuci

-Wiem

-Nie rozumiesz- westchnęła dziewczyna 

-Rozumiem- James dalej był nieugięty

-Nie!- Lusia wstała a łańcuchy natychmiast się napięły- Ostatni śmiałek, który próbował do mnie podejść, poleciał przez połowę sali 

-To chyba dlatego, że nie wiedział, co dokładnie robi- James spojrzał na nią

-A ty? Ty wiesz?

-Nie

-Więc odejdź

-Nie. Nie po to szukałem cię przez trzy lata

-Co?- Lusia zamarła

-Trzy lata- James zrobił krok w stronę swojej przyjaciółki

Pole magnetyczne w niego uderzyło. Mężczyzna zachwiał się lekko ale nie cofnął choćby pół kroku

-Gdzie tyle czasu byłaś?- zapytał

-Tutaj- Lusia odwróciła wzrok w stronę jednej ze ścian 

-Kto Ci to zrobił? 

Dziewczyna nie odpowiedziała nic i spojrzała na kolumnę niedaleko niej. James też podążył tam wzorkiem. Jego twarz nagle pobladła 

-Czy to...To twoje serce?

-Tak- Lusia skinęła głową 

James podszedł w jej stronę kolejny krok. Nagle lód pokrywający serce zaczął pękać. Jedna mała szczelina, przechodząca przez całą długość skorupy. 

James spojrzał na dziewczynę

-Lusia...Ono się topi

-Co?- dziewczyna spojrzała na kolumnę

Pierwszy raz od bardzo dawna zobaczyła coś, na co już nie miała żadnej nadziei. Zobaczyła światło. Delikatny rozbłysk światła. 

James usiadł na podłodze kilka metrów od dziewczyny. Tak aby zachować bezpieczną dla nich odległość

-Opowiedz mi- Powiedział ale Lusia milczała-  Cokolwiek

-Nie mam czego Ci opowiadać James

-Jest. Trzy lata spędziłem na szukaniu Ciebie

-Nie powinieneś- dziewczyna pokręciła lekko głową

-To nie ty na szczęście decydujesz co powinienem, a co nie 

Lusia spojrzała na niego i delikatnie się uśmiechnęła

-Nadal jesteś bardzo uparty 

-Ty też- mężczyzna odwzajemnił uśmiech. Przez chwilę siedzieli w zupełnej ciszy- Byłem pewny, że już nie żyjesz

-Czasem też tak myślałam o tobie- Lusia spuściła znowu wzrok w podłogę

-Kto Ci to zrobił?

-Wiedźma

-Dlaczego? Nie rozumiem

-Bo boi się mojego serca- odrzekła Lusia. 

Dziewczyna powiedziała mu wszystko, co usłyszała od wiedźmy. O tym, że gdy ktoś tylko próbował się do niej zbliżyć, pole magnetyczne odpychało go daleko. O lodzie, który z dnia na dzień był coraz grubszy. O świecie, który zaczynał się rozpadać. O miłości, która zniknęła całkowicie. 

James słuchał wszystkiego bez słowa. A kiedy dziewczyna skończyła mówić, on długo patrzył na jej serce

-Więc jeżeli ja odejdę...

-Lód znowu zamarznie i stanie się mocniejszy- dokończyła za niego Lusia

-A co jeżeli zostanę? 

-Nie wiem- Lusia głośno przełknęła ślinę 

-W takim razie zostaję- James uśmiechnął się lekko i oparł głowę o ścianę

Wiedźma o wszystkim wiedziała. Oczywiście, że nie mogłabym nie wiedzieć. W zamku przecież nie było najmniejszego miejsca, którego nie mogła obserwować. 

Stała cały czas w najwyższej wieży i patrzyła na wszystko przez magiczne zwierciadło. Zobaczyła Lusię i James. Dostrzegła szczelinę, która pojawiła się na lodzie.

-Nie- wyszeptała a jej dłoń zacisnęła się na magicznej lasce- Nie pozwolę na to 

Czekała przecież setki lat na zrealizowanie swojego planu, bo potrzebowała tylko jednej rzeczy. Potrzebowała tylko serca Lusi, bo ona nie była zwyczajną dziewczyną, za którą się uważała. Jej rodzina pochodziła z pradawnego rodu Strażników Serca. Raz na kilka pokoleń przychodziła na świat osoba, która miała możliwość aby wpływać na uczucia ludzi, na całym świecie. I to właśnie Lusia zjawiła się, jako taka osoba. 

Gdy była dzieckiem czy nastolatką, nie wiedziała o swojej mocy. Nadal nie była do końca świadoma tego, jak potężna jest.

Jej śmiech sprawiał, że wszystkie kwiaty rozkwitały. Jej szczęście potrafiło uleczyć nawet najgłębsze rany. A jej miłość w sercu była tak silna, że przywracała ludziom nadzieję na całym świecie. 

Wiedźma bardzo pragnęła tej mocy. Chciała ją przejąć, ale ile prób nie było, i tak nie mogła tego zrobić. Dlatego właśnie zamroziła serce Lusi. Żeby odebrać światu całą miłość, jaka mogła istnieć. 

Bo im Lusia była bardziej samotna, tym wiedźma stawała się coraz silniejsza. James był osobą, która jako pierwsza realnie zagroziła planowi. 

*

James pozostał na noc w zamku. Lusia nie do końca była w stanie zrozumieć dlaczego

-Wiesz, że możesz spać w innym pomieszczeniu?- zapytała

-Wiem

-Więc...dlaczego siedzisz tutaj?

-Bo się boje, że wiedźma do ciebie wróci- odpowiedział

-Na pewno wróci. Nie podda się

-W takim razie tym bardziej tu zostaję- James spojrzał na dziewczynę siedzącą przy ścianie

-Jesteś niemożliwy- westchnęła, kręcąc głową

-Hmm mówiłaś to już kiedyś

-Wiem

Pomiędzy przyjaciółmi zapadła długa cisza. Słychać było jedynie trzask ognia i bicie serc. Widać było, że każde z nich ma coś do powiedzenia, ale żadne nie wie, jak to ująć w słowa

-James?

-Tak?

-Czy przez te trzy lata faktycznie mnie cały czas szukałeś?- zapytała

-Każdego dnia. Każdej nocy- mężczyzna spojrzał na swoją przyjaciółkę- Przecież właśnie to ci obiecałem

-Ale ludzie łamią czasem obietnice- dziewczyna przysunęła do siebie kolana i je objęła- Nie pamiętają o nich

-Ale nie ja

Lusia spojrzała na Jamesa a jej oczy zrobiły się zielone. Mężczyzna uśmiechnął się szeroko

-Znowu

-Co?- zapytała zdezorientowana

-Twoje oczy zmieniają kolor. Zauważyłem to

-Ehh nie patrz na mnie tak

-Jak?- zapytał się mężczyzna, nie spuszczając choć na chwilę oczu z dziewczyny

-Jakbyś...- urwała w połowię zdania- Jakbyś nadal widział we mnie tę samą dziewczynę, co kilka lat temu

James uśmiechnął się i spojrzał prosto w jej oczy

-Bo dla mnie nadal nią jesteś 

*

Wiedźma zaatakowała już kolejnego dnia. Gdy tylko słońce wstało zza gór. Bez żadnego ostrzeżenia. 

Ściany całego zamku zatrzęsły się, jakby obok uderzył meteoryt. Wszystkie pochodnie w pomieszczeniu zgasły. 

-James!- Lusia poderwała się z ziemi 

-Jestem tutaj

Z ciemności zaczęła wyłaniać się postać wiedźmy

-Odejdź od niej- powiedziała, uderzając laską o podłogę 

-Nie- James stanął tak, aby zasłonić Lusię

-Nie rozumiesz głupcze co robisz

-Wiem wystarczająco dużo

-Ona może zniszczyć świat 

-Nie wierzę Ci- mężczyzna uparcie zaprzeczał słowom wiedźmy

Stara kobieta spojrzała na wystraszoną Lusie

-Powiedz mu- skierowała się do niej- Powiedz mu, ile osób może umrzeć, jeżeli twoje serce znowu zacznie bić

-To prawda?- James również odwrócił się do Lusi

-Nie wiem- odpowiedziała dziewczyna, chowając twarz w dłonie

-Widzisz?- wiedźma roześmiała się głośno- Nie można jej ufać

-Nie wierzę ci-  powiedział twardo James

Wiedźma podniosła rękę do góry. Z jej dłoni wystrzeliła czarna energia, uderzająca prosto w Jamesa. Mężczyzna upadł bezwładnie na ziemię

-James!- Lusia rzuciła się do niego ale łańcuchy ją zatrzymały- Nie! 

James próbował się podnieść, ale jego ciało odczuwało ogromny ból. Mimo to stanął aby znowu zasłonić przyjaciółkę ciałem

-Nie podchodź Lusia...

-Zamknij się!- Wiedźma uniosła rękę po raz drugi- To koniec

Zaklęcie wystrzeliło z rąk wiedźmy i trafiło prosto w serce Jamesa. Lusia mogła tylko patrzeć, jak ciało mężczyzny ponownie upada. 

Czas nagle stanął w miejscu

-James?- słowa Lusi pozostały bez odpowiedzi- James!- znowu nic

Lusia zaczęła płakać. Prawdę mówiąc nie pamiętała kiedy z jej oczu ostatni raz leciały łzy. Teraz natomiast płynęły grubymi ścieżkami po jej policzkach. Jej oczy cały czas zmieniały kolor. Zielony. Niebieski. Szary. Bursztynowy. Czarny. Aż w końcu przybrały kolor krwistej czerwieni. 

Łańcuchy zaczęły pękać. Wiedźma natychmiast się cofnęła

-Nie. To niemożliwe- szepnęła, robiąc kolejne kroki w tył 

-Ty go nie dostaniesz- powiedziała Lusia, gdy pierwszy łańcuch pękł- Nie odbierzesz mi go nigdy- Pękł drugi łańcuch- Nie odbierzesz mi już nigdy nikogo- Trzeci łańcuch

Gdy pękł trzeci, cała sala zaczęła mocno drżeć. Lód na zamarzniętym sercu zaczął topnieć. 

-Przestań!- krzyknęła wiedźma

Lusia wstała i ostatni łańcuch pękł. Pole magnetyczne otaczające dziewczynę eksplodowało. Wiedźma została odrzucona na tyle mocno, że uderzyła w ścianę na końcu sali. 

Lusia podbiegła do Jamesa i upadła obok niego

-James, proszę...- położyła dłoń na jego piersi- Nie możesz mi tego zrobić. Wróciłeś po mnie- Łzy zaczęły spadać na twarz mężczyzny- Więc teraz też do mnie wróć 

Serce na kolumnie zaczęło bić. Najpierw raz. Potem drugi i trzeci. Lód nadal pękał na tyle mocno, że słychać było echo odbijające się od ścian. 

James nagle wciągnął powietrze a Lusia spojrzała na niego

-James?

Mężczyzna otworzył oczy. Jej ukochane zielone oczy

-Mówiłem Ci- zakasłał- Że nie jest tak łatwo się mnie pozbyć 

Lusia roześmiała się, wciąż płacząc. Przytuliła go najmocniej na świecie. A wtedy...lód całkowicie eksplodował.

*

 Jasne światło wypełniło całą salę. Serce magicznie uniosło się nad kolumną a lód spadł z niego, jak potłuczone szkło. Zaczęło bić a każde uderzenie wysyłało falę światła. Pierwsza opuściła całkowicie zamek. Druga przeleciała wysoko nad górami. Trzecia dotarła do największych miast. Czwarta do najmniejszych wiosek. Piąta poleciała do najdalszych zakątków na całym świecie. 

Ludzie zatrzymywali się nagle na środku ulicy. Ktoś nagle przypomniał sobie swoją pierwszą miłość. Ktoś inny pobiegł szybko do dawno nieodwiedzonej matki. Mężczyzna, który już lata nie rozmawiał ze swoim bratem, wyciągnął telefon z kieszeni i zadzwonił. Kobieta, która nie czuła od dawna nic do męża, rozpłakała się i go mocno przytuliła. 

Świat zaczął żyć na nowo. A wiedźma zaczęła umierać. 

-Nie!- Jej ciało zaczęło pokrywać się pęknięciami, jak na porcelanie- Nie możecie!

Lusia wstała i wyprostowała się. Stała teraz bardzo pewna siebie. 

-To nie ty decydujesz, kogo wolno kochać- powiedziała

-Miłość zawsze prowadzi do cierpienia- krzyknęła wiedźma

-Może i tak- Lusia spojrzała na Jamesa- Ale brak miłości zawsze prowadzi do pustki

Wiedźma zamilkła a chwile później po prostu zniknęła. 

*

Od tamtego wydarzenia minęło już kilka tygodni. Zamek przestał w końcu być więzieniem i siedzibą wiedźmy a stał się po prostu pustą ruiną. 

Lusia i James zeszli z wysokich gór. Ich droga była bardzo długa, ale tym razem Lusia mogła iść w końcu bez łańcuchów. 

Jej rude włosy rozwiewał wiatr a jej oczy zmieniały kolor w zależności od padającego światła. 

Jej serce natomiast...biło. Tak prawdziwie i w końcu na swoim miejscu. 

Pierwszego dnia zatrzymali się przy jakimś małym jeziorku. James usiadł przy samym brzegu, natomiast Lusia stanęła obok. 

-Boje się- powiedziała 

James spojrzał na nią

-Czego?

-Że kiedyś znowu to wszystko stracę

-Nie przewidzisz przecież tego, co może się wydarzyć

-I właśnie tego się boje- westchnęła dziewczyna

James wstał aby do niej podejść bliżej.

-Pamiętasz, co ci kiedyś powiedziałem?

-Że jesteś niemożliwy?

-To też- mężczyzna się uśmiechnął- Ale powiedziałem ci też, że wrócę

Lusia spojrzała na niego i również się lekko uśmiechnęła

-I faktycznie wróciłeś

-I uwierz mi, że każdym następnym razem również wrócę

-A jeżeli nie będzie mógł? Co wtedy- zapytała

James wyciągnął dłoń w stronę dziewczyny

-Obiecuję, że wtedy również znajdę sposób

Lusia chwile patrzyła na jego rękę, wahając się. Po chwili jednak ją chwyciła. Ich palce splotły się a jej oczy zrobiły się zielone. James na ich widok uśmiechnął się szeroko

-Znowu są zielone- powiedział

-Chyba Ci się podobają

-Nawet nie wiesz, jak bardzo 

Lusia pokręciła głową

-Nie powinieneś mi ciągle mówić takich rzeczy- powiedziała

-Dlaczego?

-Bo mogę się do nich przyzwyczaić 

James ścisnął jej dłoń nieco mocniej

-No to się przyzwyczajaj- uśmiechnął się

*

Wiele lat później ludzie wciąż opowiadali niezwykłą historię Lusi. Była ona przekazywana z pokolenia na pokolenie. Niektórzy nazywali ją Strażniczką Serca. Inni dziewczyną, która pokonała zimę stulecia. A jeszcze inni twierdzili, że ta historia to tylko zwykła legenda. 

Ale w pewnym malutkim miasteczku, gdzieś niedaleko lasu, stał dom. Mieszkała w nim rudowłosa kobieta z magicznymi oczami. Czasem były zielone, czasem niebieskie, czasem szare. A kiedy się złościła, nabierały pięknego bursztynowego blasku.

Obok niej natomiast żył mężczyzna o brązowych włosach, zielonych oczach i zaroście. Nadal nosił wojskowy mundur ale coraz częściej był on kładziony razem ze zwykłymi ubraniami. 

Pewnego wieczoru oboje siedzieli na tarasie. Lusia położyła głowę na ramieniu Jamesa

-Myślisz, że ludzie wciąż pamiętają?- Zapytała

-O czym?

-O zamku. O wszystkim

James spojrzał na nią

-Zapewne tak- odpowiedział

-A o wiedźmie?

-O niej to pewnie jeszcze mocniej

Lusia uśmiechnęła się lekko na dźwięk tonu mężczyzny

-A o nas?

James przeniósł wzrok na piękny zachód słońca

-Mam nadzieję, że nie

-Dlaczego?- Lusia podniosła głowę z ramienia mężczyzny

-Bo ja nie chcę, żebyśmy my też stali się legendą

-A czym w takim razie chcesz być?

-Po prostu nami- James pojrzał prosto w jej oczy-to mi całkowicie wystarcza

Lusia uśmiechnęła się i przytuliła mocno do niego. Gdzieś w oddali rozległ się wesoły śmiech dziecka. Wiatr delikatnie poruszał drzewami.

W piersi Lusi radośnie biło serce. To samo serce, które kiedyś było skute grubym lodem. To samo, które decydowało o losie całego wielkiego świata. Ale teraz już nie należało do świata, nie należało do innych. Należało do niej. 

I może właśnie na tym miała polegać cała magia tej sytuacji.

Nie na tym, że potrafiła kochać za wszystkich ludzi. Nie na tym, że jej serce mogło uzdrawiać innych. Nie na tym, że była w stanie pokonać wiedźmę. Największą magią było to, że po tym wszystkim; po strachu, samotności, bólu, utracie i latach spędzonych całkowicie w samotności, wciąż umiała otworzyć swoje serce. 

A obok niej właśnie siedział ktoś, kto nigdy jej nie przestał szukać. 

James- jej przyjaciel, jej żołnierz, jej bezpieczna przystań. I przede wszystkim człowiek, który pokazał, że czasami wystarczy tylko jedna osoba, by stopić lód na sercu, który wydawał się wieczny. 

31 sierpnia 2026

Opowiadanie ,,Serce skute lodem"

 

Zupełnie nikt już nie pamiętał, kiedy dokładnie zaczęła się ta zima.

Nie chodziło tu jednak o taką zwyczajną zimę.

Nie było śniegu, który spadał z nieba okrywając wszystko dookoła swoim puchem. Rzeki nigdzie nie zamarzły od siarczystego mrozu. Drzewa nadal miały swoje zielone liście a na niebie nadal wysoko świeciło słońce. Ale mimo to na całym świecie było zimno. Bardzo zimno.

Ludzie przestali się do siebie całkowicie uśmiechać. Matki patrzyły na swoje dzieci z zupełną obojętnością. Przyjaciele mijali się na ulicach, jakby byli dla siebie zupełni obcy. Narzeczeni rozstawali się po kilku latach, nie roniąc nawet jednej łzy. Małżeństwa trwały obok siebie ale jak dwa cienie, które przypadkiem dzieliły ten sam dom.

Miłość na świecie zaczęła zanikać.

Najpierw powoli, stopniowo ale z czasem coraz szybciej.

I to wszystko zaczęło się od jednej dziewczyny- Lusi.

Leżała na zimnej, kamiennej posadzce w samym środku ogromnej, pustej sali. Jej nadgarstki i kostki były skute grubymi, czarnymi łańcuchami. Metal wyglądał tak, jakby wyrósł z kamienia, nie tak jakby został przez kogoś założony. Każde z ogniw pokrywały drobne runy, które delikatnie pulsowały bladoniebieskim światłem.

Wokoło niej rozciągało się duże pole magnetyczne. Niewidzialne dla nikogo, ale jednocześnie niemożliwe do pokonania.

Lusia jednak o nim doskonale wiedziała. Próbowała je przebić już niezliczoną ilość razy.

Jednak za każdym razem, kiedy próbowała podnieść się z ziemi i przejść choćby kawałeczek dalej, niewidzialna siła uderzała w nią z taką mocą, że bezwładna upadała na kamienną posadzkę z powrotem.

Ale w tym wszystkim nie były najgorsze łańcuchy. Nie było najgorsze nawet to pole.

Najgorsze było to, co znajdowało się kilka metrów od miejsca, gdzie leżała. Na wysokiej, czarnej kolumnie stała szklana gablota a w niej...

Serce.

Jej własne serce.

Nie biło nawet najmniejszym rytmem. Było całkowicie nieruchome. Blade i skute grubą warstwą zimnego lodu. Lód pokrywał je całe i z każdym kolejnym dniem stawał się coraz grubszy.

Lusia nie wiedziała, dlaczego jej serce znajdowało się poza jej ciałem. Nie wiedziała nawet, jak znalazła się w tej przeklętej sali ani ile czasu mogła już tu spędzić.

Pamiętała tylko jedno- wiedźmę. To był ostatni widok zanim się tu znalazła. Stara kobieta o srebrnych włosach i oczach czarnych jak smoła.

To właśnie ona pilnowała Lusi. Ona założyła jej te zaklęte łańcuchy. I to ona pewnego dnia powiedziała w końcu prawdę.

-Wiesz, co się stanie jeżeli ktokolwiek podejdzie do ciebie zbyt blisko?

Lusia milczała. Nie wydała z siebie choćby jednego dźwięku.

-Zostanie odrzucony- Wiedźma podstępnie się uśmiechnęła- A twoje serce będzie przez to zamarzać jeszcze bardziej. Jeszcze mocniej.

Lusia smutno spojrzała na kolumnę z jej sercem.

-Dlaczego?- zapytała drżącym głosem

-Bo ludzie są stworzeni do miłości. A ty jesteś jej więzieniem

-Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli

-Nie musisz- Wiedźma zaśmiała się piskliwie, odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi.

Drzwi zatrzasnęły się za nią z hukiem a Lusia została sama. Jak zresztą zawsze.


Czas w tej sali nie płynął tak samo jak na zewnątrz. Godziny mijały a z każdą z nich zwiększała się liczba osób, która tu przychodziła. Czasem były to całe grupy ludzi: żołnierze, magowie, wędrowcy. Czasem nawet i zwykli śmiertelnicy. Każda z tych osób próbowała się zbliżyć do uwięzionej dziewczyny ale każdy kończył tak samo.

Pole magnetyczne odpychało ich, gdy zbliżyli się choćby pół stopy za bardzo.

Niektórzy lecieli na kilka metrów w tył. Inni tracili przytomność. A jeszcze inni uciekali z pomieszczenia z krzykiem.

Za każdym razem, gdy ktoś próbował dotrzeć do Lusi, lód na jej sercu coraz bardziej grubiał. Dziewczyna zaczęła wręcz nienawidzić tych wizyt. Nie dlatego, że ludzie chcieli jej pomóc ale z powodu tego, co działo się potem: pęknięcia na lodzie znikały a zamarznięte serce stawało się coraz ciemniejsze.

A gdzieś daleko, poza murami zamku, w którym była uwięziona, kolejna osoba przestawała odczuwać miłość. Przestawała kochać...


Pewnego dnia zmęczona Lusia siedziała oparta o kawałek kamiennej ściany. Jej rude włosy delikatnie opadały na ramiona i w świetle pochodni wyglądały niemal jak płomienie. Jej oczy zmieniały kolor zależnie od emocji, które przezywała.

Kiedy była smutna- stawały się szare jak popiół.

Kiedy się bała- stawały się niemal granatowe.

Kiedy się złościła- przybierały głęboki, bursztynowy odcień.

Kiedy natomiast pojawia się w niej nadzieja- stawały się zielone.


Tamtego dnia były szare. Lusia zamknęła oczy, gdy nagle usłyszała czyjeś kroki. Powolne, ciężkie. Oznaczało to, że ktoś idzie korytarzem.

Lusia otworzyła powoli oczy

-Ktoś znowu przyszedł- szepnęła niemal bezgłośnie.

Drzwi otworzyły się a do sali wszedł mężczyzna w wojskowym mundurze. Był wysoki, miał brązowe włosy i zarost, który dodawał jego twarzy surowego wyglądu. Ale w tym wszystkim najbardziej wyróżniały się jego oczy- zielone, żywe i niewiarygodnie spokojne.

Mężczyzna spokojnie rozejrzał się po sali i jego wzrok zatrzymał się na Lusi. Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odzywało. W pomieszczeniu słychać było tylko trzaski ognia i bicie dwóch serc Lusia rozpoznała swojego przyjaciela. Nie była jednak pewna, czy on rozpoznał ją.

-Nie podchodź proszę- powiedziała dziewczyna

Mężczyzna zmarszczył brwi i czoło

-Dlaczego?

-Bo cię odrzuci. Zrobi Ci krzywdę- odpowiedziała

-Wiem

-Więc odejdź. Proszę

-Nie

Dziewczyna spojrzała na niego z niedowierzaniem ale jednocześnie smutkiem. Wiedziała czym zakończy się kolejna próba uwolnienia jej.

Mężczyzna ostrożnie zrobił krok. Całe pole magnetyczne niemiło zadrżało.

-James nie rób tego- z ust Lusi wydobył się błagalny szept

Kolejny krok, wprawiający znowu pole w wibracje

-James, proszę...

-Nie

Trzeci krok.

Powietrze wokół niego zaczęło dziwnie drżeć a Lusia nagle poczuła coś dziwnego. Poczuła przyjemne ciepło.

Spojrzała odruchowo na kolumnę z gablotą.

Lód.

On zaczynał pękać.

-Niemożliwe- szepnęła Lusia

James nagle zatrzymał się ze stopą zawieszoną w powietrzu

-Co się dzieje?- zapytał

-Twoja obecność...-Lusia ciężko przełknęła ślinę- Ona topi moje serce

James podążył za wzrokiem dziewczyny i również spojrzał na jej serce. Na lodzie pojawiła się cienka szczelina

-To chyba dobrze?

-Nie

-Dlaczego?- mężczyzna nie wiedział, co mogło być nie tak

-Bo wiedźma...Ona cię za to zabije

James uśmiechnął się lekko, najwidoczniej niewzruszony zagrożeniem jakie mogło na niego spaść.

-W takim razie będziemy mieć problem

-James...- Po raz pierwszy od dawna Lusia poczuła coś dziwnego.

Poczuła nadzieję a jej oczy zmieniły kolor. Z szarych stały się zielone.

Nie uciekło to uwadze jej przyjaciela.

-Twoje oczy...

-Zmieniają kolor- stwierdziła krótko dziewczyna

-Są piękne

Po tych słowach Lusia spuściła wzrok i przyciągnęła do siebie kolana aby je objąć

-Nie powinieneś mi tego mówić- powiedziała

-Dlaczego?

-A co jeżeli zaczniesz mnie lubić..- dziewczyna urwała w połowię zdania- Trochę za bardzo? Wtedy zamarzniesz

-W takim razie będę musiał uważać

Lusia uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od bardzo dawna.


Wiedźma pojawiła się zaledwie kilka sekund później. Jej oczy rozszerzyły się, gdy zobaczyła pęknięcia na lodzie pokrywającym serce

-Nie!- krzyknęła a jej głos niemiło rozniósł się po pomieszczeniu

James odwrócił się

-A więc to Ty jesteś tą wiedźmą

-Głupcze! Coś ty narobił

Wiedźma uniosła dłoń do góry a powietrze mocno eksplodowało. James został odrzucony do tyłu i upadł z hukiem na ziemię.

-James!- Lusia szarpnęła mocno za łańcuchy aż zadźwięczał metal- Zostaw go!

-Właśnie dlatego muszę go zniszczyć- wiedźma zaśmiała się gorzko

Mężczyzna zaczął podnosić się z trudem

-Lusia...

-Uciekaj!- dziewczyna próbowała uratować swojego przyjaciela, wiedząc do czego to może doprowadzić

-Nie- mężczyzna odpowiedział twardo

Wiedźma rzuciła zaklęcie. James uskoczył. Później drugie, trzecie...

Mężczyzna wyciągnął broń i strzelił. Kula zniknęła w czarnej mgle otaczającej wiedźmę, jakby była tylko jakimś owadem a nie ołowianym pociskiem

-Naprawdę uważasz, że zwykła broń mnie może pokonać?- Zapytała sarkastycznie wiedźma

James nie odpowiedział nic. Rzucił się w jej stronę ale wiedźma uniosła rękę. Z jej dłoni wystrzeliła czarna energia i trafiła mężczyznę prosto w pierś.

Upadł bezwładnie na ziemię.

Lusia zamarła na kilka chwil, jakby była posągiem.

-James?

Nie odpowiedział nic. Nawet się nie poruszył

-James?!

Lusia poczuła jak coś w niej zaczyna pękać. Nie był to lód, nie tym razem.

Teraz to była rozpacz. Jej oczy stały się czarne jak noc. Łańcuchy zaczęły mocno drżeć.

-Nie...- z ust dziewczyny wydobyło się kolejne słowo przepełnione bólem

Wiedźma uśmiechnęła się

-Widzisz? Zawsze to tak się kończy. I już zawsze tak będzie

Lusia spojrzała na Jamesa. Leżał nadal nieruchomo. Na jego wojskowym mundurze pojawiła się ciemna plama

-Mówiłam Ci, żebyś nie podchodził- głos Lusi drżał- Mówiłam ci, żebyś uciekał.

Nagle James poruszył dłonią

-Nigdy nie byłem dobry w słuchaniu rozkazów- zaśmiał się delikatnie

Lusia wstrzymała oddech.

Mężczyzna otworzył oczy i spojrzał na nią. Zielone. Wciąż były zielone

-Przecież jestem żołnierzem- wyszeptał ledwo- Nie mogę zostawiać człowieka na polu walki

-Ale to nie jest pole walki!

James spojrzał na nią

-Dla mnie właśnie jest


Lusia nagle poczuła, że łańcuchy przestają być ciężkie. Nie dlatego, że osłabły i zaczęły się rozpadać. Ale dlatego, że ona przestała się po prostu bać.

Od miesięcy próbowała je zerwać siłą, co nie przynosiło żadnego skutku. Ale teraz zrozumiała- te łańcuchy nie były stworzone, żeby więzić ciało. One więziły ją- powodowały strach, przekonanie, że każda osoba, która ją pokocha umrze.

Lusia podniosła się z ziemi. Pierwsze raz od bardzo dawna stanęła pewnie i prosto. Wzięła głęboki oddech a łańcuchy napięły się.

Kamienna posadzka pod jej stopami zaczęła pękać.

-Nie!- krzyknęła wiedźma

-To koniec- Lusia spojrzała na nią i szarpnęła rękami.

Pierwszy łańcuch pękł a huk przeciął całą salę.

Później drugi, trzeci, czwarty.

Metal całkowicie rozsypał się na ziemię a pole magnetyczne eksplodowało, odrzucając wiedźmę pod ścianę.

Lusia pobiegła do Jamesa. Kiedy znalazła się obok niego, serce na kolumnie zaczęło bić. Raz. Drugi. Trzeci.

Lód zaczął całkowicie pękać.

-Nie powinnaś tu podchodzić- powiedział mężczyzna
- Już cię nie słucham- Lusia uklękła przy nim

-Dobrze- uśmiechnął się

Dziewczyna delikatnie dotknęła jego twarzy. Jej oczy były zielone. Tak mocno zielone, że prawdopodobnie nikt nigdy nie widział tak mocnej barwy.

-Bałam się, że cię stracę- powiedziała

-Nie tak łatwo się mnie pozbyć

-Wiem

Nagle w pomieszczeniu rozległ się huk. Lusia spojrzała za siebie, na kolumnę. Jej serce...Lód pękał coraz szybciej. Tworzyły się kolejne szczeliny aż nagle cała lodowa skorupa eksplodowała. Odłamki lodu uniosły się w powietrzu i w jednej chwili zamieniły się w tysiące maleńkich, świetlistych drobinek.

Serce zaczęło bić normalnym rytmem. Jego światło rozniosło się po ciemnej sali, aż wyleciało przez okna zamku w świat.

Daleko. Bardzo daleko.

I wszędzie tam, gdzie w końcu dotarło, ludzie zaczęli sobie przypominać.

Jak to jest kochać.

Jak to jest za kimś tęsknić.

Jak to jest martwić się o drugiego człowieka.

Jak to jest przytulić się do kogoś bez powodu.

Jak to jest płakać ze szczęścia.

Jak to jest mieć kogoś, dla kogo się walczy.

-Nie!- krzyknęła pół przytomna wiedźma, gdy jej ciało zaczęło się rozpadać w popiół- Miłość jest słabością!

-Nie- Lusia spojrzała na nią spokojnie a następnie przeniosła wzrok na Jamesa- Miłość jest tym, co daje nam siłę, kiedy sami już jej nie mamy

Wiedźma zniknęła i w sali rozległa się zupełna cisza.

James próbował wstać ale Lusia natychmiast go powstrzymała

-Powoli!

-Czy ty wydajesz mi rozkazy?- zapytał się, podnosząc brew do góry

-Tak

-Hmm więc to chyba pierwszy raz, kiedy mi się one podobają

Lusia zaśmiała się cicho, ale mimo to jej śmiech odbił się echem od pustych ścian.

Oboje spojrzeli na kolumnę, z której zniknęło serce. Nie było już tam potrzebne bo pierwszy raz od dawna znalazło się na swoim miejscu.

Lusia przyłożyła dłoń do piersi. Czuła jego bicie, jego rytm. Czułe je: swoje własne, prawdziwe, ciepłe, żywe.

James podniósł się powoli i usiadł obok niej

-Co teraz?- zapytał

Lusia spojrzała w stronę wielkich drzwi sali. Za nimi był świat. Dziewczyna nie wiedziała, co się dalej wydarzy. Nie wiedziała, czy cały świat jej zdolny wybaczyć jej. Nie wiedziała, czy ktokolwiek jeszcze będzie chciał ją odnaleźć.

Ale po raz pierwszy nie bała się przyszłości.

-Teraz?- zapytała a jej rude włosy poruszyły się lekko przez wiatr wpadający przez okno- Teraz wracamy do świata

James spojrzał na nią

-Razem?

Lusia uśmiechnęła się i po raz pierwszy jej oczy przybrały niebieski kolor. Kolor miłości.

-Razem- odpowiedziała

Podnieśli się z pękniętej podłogi i wyszli.

Kiedy wyszli ze starego zamku, pierwszy kwiaty zaczęły znowu przebijać się przez ziemię. Ale nie dlatego, że po zimie przyszła wiosna. Tylko dlatego, że świat od bardzo dawna znowu miał serce.