05 czerwca 2026

Tekst O samotności

Czasem przychodzą wieczory,

Gdy dom przypomina teatr po spektaklu. 

Lampy jeszcze jasno świecą,

Na stole stoją niedopite do końca rozmowy.

W korytarzu nadal słychać czyjś śmiech. 

Ale jednocześnie to brzmi tak, 

Jakby życie wychodziło tylnym wyjściem. 


Siedzę pomiędzy ludźmi, których kocham.

I czuje się jak list, 

Napisany w obcym języku,

Odczytany tylko do połowy. 


Mama czuło pyta czy dziś coś jadłam.

Tata opowiada historię sprzed lat.

Ktoś przesuwa mi bliżej kubek.

Tak jakby kawa mogła naprawić pęknięcia,

Które od lat noszę na swoim sercu. 

Kiwam głową, dając im poczucie, że jestem. 

Ale czuje się jakbym była bezpieczna ciałem,

A jednocześnie tonęła we własnym smutku. 


Bo samotność to nie zawsze puste ściany domu. 

Nie zawsze to kurz na talerzach,

I wiecznie zamknięte okna. 

Czasami samotność niesie się, jak perfumy ukochanej osoby, 

Która leży obok od lat. 

Czasami siada obok przy stole, gdy nakładasz jedzenie,

I pyta, dlaczego milczysz. 


A ja?

Ja nie umiem odpowiedzieć. 

Bo, jak wytłumaczyć mam, 

Że od miesięcy pada we mnie deszcz. 

Deszcz, którego nikt inny nie widzi poza mną. 


Trudno jest codziennie płynąć przez ocean,

Jednocześnie zapewniając bliskich, 

Że wszystko jest w porządku. 

Że jest dobrze. 

Że się trzymam w całości. 


Trudno patrzeć, gdy bliski dotyka twoich ramion, 

Ale jednocześnie do Ciebie nie sięga. 

Trudno jest, gdy wszyscy znają Twój głos, 

Ale nikt nie słyszy ciszy mieszkającej pod sercem. 

Ukrytej. 

Zamaskowanej. 

Bolącej. 


Są noce, gdy leżę obok czyjegoś bicia serca. 

Mam wtedy wrażenie, że dzielą nas kilometry,

Chociaż jesteśmy obok.

Tak jakby między nami rozciągało się ogromne morze,

Na którym wiecznie panuje sztorm. 

Morze, po którym żadna łódź nie może przepłynąć. 


Codziennie uczę się żyć, ale nieco ostrożniej. 

Nie mówić zbyt dużo. 

Nie otwierać drzwi do swojego serca. 

Bo ludzie nie lubią nieuporządkowanych historii. 

Lubią smutek ale podawany cicho. 

Lubią ból, ale wyprasowany z zagnieceń. 

Nie chcą za to wziąć w dłonie czyjegoś chaosu, 

Który wije się po rękach niczym wąż. 


A przecież czasami tak niewiele potrzeba, 

By móc uratować człowieka od powolnego znikania. 

Wzrok zatrzymany dłużej, by spojrzeć głębiej. 

Pytanie zadane z troski a nie przyzwyczajenia.

Obecność, która nie boi się ani chaosu ani ciszy. 


Bo czasami człowiekowi nie trzeba tłumu. 

Czasami trzeba jednego człowieka, 

Przy którym nie trzeba udawać światła. 

Nie trzeba zakładać sztucznego uśmiechu. 

Nie trzeba na siłę pokazywać, że jest okej. 


I może właśnie dlatego najbardziej bolą wieczory.

Ten czas między gasnącym dniem a snem. 

Wtedy wszystkie role opadają, jak ubrania na podłogę. 

Koniec spektaklu. 

I człowiek zostaje wtedy sam. 

Sam na sam ze swoim imieniem.

Ze swoim smutkiem. 

Ze swoim strachem. 


Wtedy słyszę własne myśli głośniej niż tykający zegar. 

Widzę puste miejsca w słowach, których nie odważyłam się powiedzieć. 

Czuję tęsknotę za czymś, czego nie umiem do końca nazwać. 

Szukam zrozumienia.

Szukam spojrzenia, które nie oczekuje tłumaczenia. 


Bo można mieć cały świat obok siebie,

Ale nadal czuć się, jak duch w opuszczonym domu. 

Można mieć wokoło siebie bliskich, 

Nadal czując narastającą samotność. 


A mimo to każdego poranka wstaję. 

Wiążę buty,

Odpisuje normalnie na wiadomości, 

Śmieje się, gdy sytuacja tego wymaga. 

I nikt nie widzi pęknięć. 

Nikt nie widzi człowieka siedzącego pośrodku burzy. 

Człowieka trzymającego w dłoniach płomień. 

Mały, gasnący płomień, 

Którego nie umie nikomu więcej pokazać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz