Nie pamiętam już dnia,
Kiedy ostatni raz ktoś patrzył na mnie z radością.
Jak na dom, który widzi się po długiej podróży.
Nie oczekuje wielkiej, filmowej miłości.
Nie chodzi by gonić ją, jak odjeżdżający autobus.
Nie chodzi, by szukać jej w deszczu przez całe miasto.
Chodzi o coś zupełnie innego.
Mniejszego.
Cichszego.
O pewność, że ktoś chce bym została chwilę.
Tyle samotnych lat nauczyło mnie żyć,
Bez dotyku, który raduje serce.
Bez wiadomości wysłanej z tęsknoty.
Bez obecności, która nie jest obowiązkiem.
Ludzie ciągle gadają,
Że miłość przychodzi sama.
To tak jakby była pociągiem, który ma wiecznie opóźnienie,
A jednocześnie ma gwarancję przyjazdu.
Ale ja stoję na tym peronie już kilka lat,
I coraz częściej myślę,
Że chyba pomyliłam stacje.
Bo najgorszy nie jest brak czułości.
Najgorszy jest brak miejsca, gdzie można odłożyć strach.
Brak ramion, w które można odłożyć zmęczenie.
Człowiek bez miłości powoli gaśnie.
Staje się, jak mieszkanie, w którym nikt nie zapala światła.
Mieszkanie, w którym wszystko jest na miejscu:
Kubki, talerze, książki, łóżko.
Ale wnętrze wyziębia się z każdym rokiem coraz bardziej.
Codziennie przychodzą wieczory,
Gdy cisza jest ciągle obok mnie.
Waży więcej niż ciało drugiego człowieka.
Kładzie się obok w łóżku, oddychając prosto w moje serce.
Przypomina mi codziennie, że nigdy nie byłam czyimś wyborem.
Widzę zakochanych ludzi,
I wyglądają oni, jak obcy kraj.
Uczą się codziennie siebie nawzajem.
Trzymają mocno za dłonie, jakby bez tego mogli się rozpaść.
Dzielą ze sobą najprostsze chwile:
Zakupy, zmęczenie, leniwe poranki.
I być może nie zdają sobie sprawy, jaki cud mają obok.
Jak cudowne jest w życiu mieć kogoś,
Kto czeka na nas aż wrócimy.
Kogoś z kim można wypić kawę.
Kogoś, kto czeka na to by wysłuchać o dniu w pracy.
A ja?
Ja nauczyłam się wracać do pustki.
Do ogromnego spokoju.
Nie czuje już nawet smutku,
Raczej ciche przyzwyczajenie.
To tak, jakby marznący człowiek na tyle przyzwyczaił się do zimna,
Że przestał pytać o ogień do ogrzania.
Boli jednak to, że nadal w moim sercu jest miłość.
Niewykorzystana nigdy.
Nazbierana tonami latami.
Tak, jak pisane wciąż listy ale bez adresata.
Mam w sobie czułość, troskę,
Ale nie mam komu jej oddać.
Tyle drobnych gestów:
Poprawienie kołdry,
Parzenie kawy po ciężkim dniu,
Wysłuchanie o problemach i troskach,
Zapamiętanie najbardziej błahych rzeczy.
I powoli przyzwyczajam się do myśli,
Że może to jest najgorszy wymiar samotności.
Mieć w sobie ogromny ocean miłości,
Ale jednocześnie nie znaleźć żadnej osoby, która by chciała go przepłynąć.
I dalej to wszystko w sobie noszę,
Tylko może trochę ostrożniej.
Jak płomień, który trzeba skryć przed wiatrem.
Jak cukierki, które trzeba schować przed dziećmi.
Jak różę, którą trzeba schować przed śniegiem.
I już tylko nocami, gdy światła wszędzie gasną.
Nachodzi mnie myśl, że też chciałabym być dla kogoś,
Powodem by wrócić do domu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz