08 czerwca 2026

Tekst ,,Pustka bez miłości"

 Nie pamiętam już dnia, 

Kiedy ostatni raz ktoś patrzył na mnie z radością. 

Jak na dom, który widzi się po długiej podróży. 


Nie oczekuje wielkiej, filmowej miłości. 

Nie chodzi by gonić ją, jak odjeżdżający autobus. 

Nie chodzi, by szukać jej w deszczu przez całe miasto. 

Chodzi o coś zupełnie innego.

Mniejszego. 

Cichszego. 

O pewność, że ktoś chce bym została chwilę. 


Tyle samotnych lat nauczyło mnie żyć,

Bez dotyku, który raduje serce. 

Bez wiadomości wysłanej z tęsknoty. 

Bez obecności, która nie jest obowiązkiem. 


Ludzie ciągle gadają, 

Że miłość przychodzi sama. 

To tak jakby była pociągiem, który ma wiecznie opóźnienie, 

A jednocześnie ma gwarancję przyjazdu. 

Ale ja stoję na tym peronie już kilka lat,

I coraz częściej myślę, 

Że chyba pomyliłam stacje. 


Bo najgorszy nie jest brak czułości. 

Najgorszy jest brak miejsca, gdzie można odłożyć strach. 

Brak ramion, w które można odłożyć zmęczenie. 


Człowiek bez miłości powoli gaśnie. 

Staje się, jak mieszkanie, w którym nikt nie zapala światła. 

Mieszkanie, w którym wszystko jest na miejscu:

 Kubki, talerze, książki, łóżko. 

Ale wnętrze wyziębia się z każdym rokiem coraz bardziej. 


Codziennie przychodzą wieczory,

Gdy cisza jest ciągle obok mnie. 

Waży więcej niż ciało drugiego człowieka. 

Kładzie się obok w łóżku, oddychając prosto w moje serce. 

Przypomina mi codziennie, że nigdy nie byłam czyimś wyborem. 


Widzę zakochanych ludzi, 

I wyglądają oni, jak obcy kraj. 

Uczą się codziennie siebie nawzajem. 

Trzymają mocno za dłonie, jakby bez tego mogli się rozpaść. 

Dzielą ze sobą najprostsze chwile: 

Zakupy, zmęczenie, leniwe poranki. 

I być może nie zdają sobie sprawy, jaki cud mają obok. 

Jak cudowne jest w życiu mieć kogoś, 

Kto czeka na nas aż wrócimy. 

Kogoś z kim można wypić kawę. 

Kogoś, kto czeka na to by wysłuchać o dniu w pracy. 


A ja? 

Ja nauczyłam się wracać do pustki. 

Do ogromnego spokoju.

Nie czuje już nawet smutku, 

Raczej ciche przyzwyczajenie. 

To tak, jakby marznący człowiek na tyle przyzwyczaił się do zimna, 

Że przestał pytać o ogień do ogrzania. 


Boli jednak to, że nadal w moim sercu jest miłość. 

Niewykorzystana nigdy.

Nazbierana tonami latami. 

Tak, jak pisane wciąż listy ale bez adresata. 


Mam w sobie czułość, troskę,

Ale nie mam komu jej oddać. 

Tyle drobnych gestów: 

Poprawienie kołdry,

Parzenie kawy po ciężkim dniu,

Wysłuchanie o problemach i troskach, 

Zapamiętanie najbardziej błahych rzeczy. 


I powoli przyzwyczajam się do myśli, 

Że może to jest najgorszy wymiar samotności. 

Mieć w sobie ogromny ocean miłości, 

Ale jednocześnie nie znaleźć żadnej osoby, która by chciała go przepłynąć. 


I dalej to wszystko w sobie noszę,

Tylko może trochę ostrożniej. 

Jak płomień, który trzeba skryć przed wiatrem. 

Jak cukierki, które trzeba schować przed dziećmi. 

Jak różę, którą trzeba schować przed śniegiem. 

I już tylko nocami, gdy światła wszędzie gasną.

Nachodzi mnie myśl, że też chciałabym być dla kogoś,

Powodem by wrócić do domu...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz